niedziela, 25 października 2009

Płacz PROsów.

Powrócił u mnie Fallout 3. Wcześniej - problemem był dysk, który włożyłem zamiast oryginalnych 40GB. Teraz, z nowym dyskiem - wszystko śmiga, szybciej i lepiej, a Fallout 3, po 8h grania - ZERO problemów, co mnie cieszy.

Kiedyś, znajomy znajomego, obaj WoWowcy, stwierdził, że Fallout 3 jest za krótki i za łatwy, a przez to... nudny. Pozwolę się z tym nie zgodzić. Ponowną przygodę z grą, rozpocząłem od starych zbackupowanych save'ów. Niestety, nie z levelu 16tego, który osiągnąłem przed moimi kłopotami z dyskiem i grą, ale z 6tego. Wizja powtarzania questów za bardzo mi się nie uśmiechała, ale co tam. Seria Fallout (RPG, nie tactics) zawsze była dla mnie bardzo fascynująca, przez co jedynkę i dwójkę kończyłem po parę razy. I poszło. Ku memu zdziwieniu, podróżowanie przez (wydawało mi się) dobrze znane lokacje okazało się wcale nie-powtórką-z-rozrywki. Odkryłem rzeczy, które wcześniej umknęły mej uwadze. Znajomy znajomego się mylił. Poza głównym questem jest milion innych, pobocznych tajemnic i zagadek do rozwiązania. Flekowana na forach Bethezda odwaliła tu kawał dobrej roboty!

VATS vs real time. Zmora większości ortodoksów Falloutowych. Z początku, nie ruszałem do walki bez action pointów na max, by odpalać tylko i wyłącznie VATSa. Teraz, po wielu godzinach multiplayerowych rzezi w Killzone 2, Battlefield 1943 i SOCOM, zauważyłem, że prawie z VATSa nie korzystam. Strzelam w real time, traktując grę jak sesję multiplayerową. Sprzedając headshoty Super Mutantom z shotgun'a :D Dowodzi to jednego. Jako gracz konsolowy-padowy - ewoluowałem. Moje umiejętności są wyższe z każdej sesji na sesję.

Niedawno, świat obiegła wiadomość tragiczna. Infinity Ward, twórca Modern Warfare 2 sprzedało wszystkim pecetowym graczą kopa w miętkie (tak przynajmniej "pro" gamerzy twierdzą). Na forach zawrzało. Śmiać mi się z tego chce, w większości tych narzekań obrywało się konsolowcom. Wg pecetowych prosów, IW zabierając im mod'owanie oraz dedykowane serwery zbliżyło grę do casualowych shooterów z konsol. Wszystko przez funkcję "play now".

OMG! Tragedia rzeczywiście! Jeden przez drugiego, pros od siedmiu boleści, na forach zaczęli się nakręcać na bojkot gry i ściąganie jej z torrentów. W ramach buntu. Namawianie siebie na wzajem do złodziejstwa, a przy okazji obrażanie konsolowców. No nie mogę. Chciałoby się krzyknąć: "Subaru wypuściło nowy model Imprezy w wersji hatchback! Tragedia, nie ma "pro" sedana! Idę ukraść nowe auto, by bojkotować ich!"

Jakiś czas temu kłóciłem się ze znajomym pecetowcem o wyższości grania myszą nad padem. Oba sposoby nie do porównania. W jednym przypadku, myszowy shooter jest... Łatwy. Łatwiej trafić myszą w punkt. Prosi inwestują w myszy i sprzęt kupę kasy, by być o milisekundy szybszymi od swoich kolegów w multi. Konsolowiec może jedynie ćwiczyć na tym, co mu firma do kartonu z konsolą włożyła. Zastanówmy się. W jednym przypadku inwestujemy kasę by być lepszym, w drugim przypadku inwestujemy czas, by w końcu podnieść nasze umiejętności. Historia zna wiele przypadków, gdy umiejętności wygrywały z kasą. Osobiście stoję na stanowisku, że lepiej wyszkolić się na tym co się ma, niż inwestować niewiadomo ile by być lepszym (a przy okazji narzekać, jak z niewiadomych dla nas przyczyn zmienią się warunki gry). W tym drugim przypadku umiejętności nas zawsze przygotują. A wiadomo - żaden plan nie wytrzyma kontaktu z wrogiem.

sobota, 17 października 2009

Demonight

This is the night of the demon... powtarzane po tysiąckroć przez Endurę (taki projekt ambient). Pustynny pejzaż muzyczny. Ale nie o tym. Zafundowałem sobie noc dem.

Bayonetta
Japoński PSN rządzi! Demko ładnie wygląda, seksi Bagnetka mruga i wdzięczy się z ekranu. Przyczepiłbym się do cut scenek - są po prostu... brzydkie (jakościowo). Sama gra - Devil May Cry 4, tak to wygląda. I tak jak w DMC4 - wyłamałem sobie kciuka, wypracowując combosy aż do bólu. Nie dla mnie.

F.E.A.R. 2: Origins
Grałem w jedynkę na PC - i to dość długo, pamiętam. Zaskakiwało mnie. 2ka jakaś taka smutna (poziom w remontowanym budynku, dużo kurzu). Powiem, że nawet mnie trochę wkręciło, ale przy pierwszym zgonie, stwierdziłem... e... nie. Sięgnąłem po kolejną pozycję.

Condemned 2: Bloodshot
Spadkobierca Blood i Blood 2. Produkcji Monolith. Czuć klimat tamtych gier, szczególnie 2ki. A były to ulubione moje tytuły, w czasach, gdy świat zagrywał się w Quake, ja buszowałem Calebem po wielu, wielu lokacjach (HA! Blooda jedynkę z bracholem zmasterowaliśmy w co-opie aż do dodatkowych poziomów. Przestaliśmy dopiero na "In the flesh"). Blood 2 była straszliwsza. Trafiła do mnie, tuż po fascynacji Half Life'm. I HL pożegnałem szybciorem, Krew wciągnęła. Nie skończyłem jej jednak, strach był silniejszy. Gdy jednak wczoraj, odpaliłem Condemned 2, to poczułem to samo. Fascynację tajemnicą. Taką samą jak w B i B2. Coś zakiełkowało. Boję się tylko jednego, by nie było jak w Dead Space. Że trochę pogram i koniec. Muszę poczekać trochę, nic na szybko, poszperać i wyszarpnąć grę gdzieś bardzo tanio.


Wolfenstein
Odpaliłem i pograłem. Ciutkę. Dwa razy nawet. Graficznie - dziwnie, zbyt... hmmm ostro i sterylnie, ale efekt wody - miodnie. Wejście w drugi wymiar - coś, co mnie przyciągnęło drugi raz. Ale nie pograłem dużo. Jednak walki drugowojenne, jak w Call of Duty World At War, nie spodobały mi się. A dobił mnie sklepikarz, który nie dał się zabić i w środku walki z Niemcami - chciał ubić interes. Resztki magii... prysło.


Z ciekawości sprawdzałem jeszcze to i owo, ale nic nie utkwiło mi we łbie, jak owe powyższe.

piątek, 16 października 2009

Nigdy nie wiem co mnie wkręci

Reset miałem ostatnio. Mózgu. Myślałem o tym i owym. W figurkowaniu narazie powoli - rzeźbię w greenstuffie dodatkowe opancerzenie dla ludków. Ale w zasadzie, nie o tym dziś.

Ukończyłem Magic Ball. Na DLC (dodatkowe 24 poziomy) nie mam ochoty. Gierka jest na tyle fajna, że każdy z poziomów (łącznie 48 + kilka bonusowych) można grać parę razy (magia arkanoida :-)). Gram teraz od początku by zdobyć trofeum "9 żyć kota" (zaczyna się z 3 życiami, w miarę gry wpadają kolejne). Całości trofeów nie zdobędę - brakuje m.in. przejścia wszystkich poziomów w jednej sesji (!!) (na szczęście są sejvy, ale żyć nie starcza). Na chwilę obecną, mam 33% lub ciut więcej trofeów.

Z SOCOMem nie wychodzi coś granie. Niby kilku nas jest, ale nikt nie kwapi się do grania. Bety Uncharted 2 i MAG skutecznie pokrzyżowały plany (o Killzone 2 nie wspomnę ;-)). Sam swego czasu przerzuciłem się na GTA4 - z początku, by sprawdzić, jak bardzo gra różni się od Saints Row 2. A potem fabuła mnie wciągnęła. Niestety... później gra zaczęła mnie męczyć - głównie przez swą sztywność i skrypty w misjach (tak!). Z sandboxem misje nie mają wiele wspólnego - inaczej było w SR2. W SR2 można było zupełnie przed misją zniszczyć obiekt potrzebny NPCowi w misji, i on musiał improwizować. W GTA4 dzieją się magiczne rzeczy. Zaparkujesz wóz na drodze (celem blokady NPCa), to po aktywacji misji - bah! Znika wszystko. Przy pościgach jest jeszcze zabawniej. NPC ucieka do pewnego momentu - jeśli gracz się zmieści w polu, w którym NPC mu nie ucieknie, to NPC czeka w jakimś miejscu tylko po to, by gracz tam dojechał i odpalił się skrypt. I potem dalej ucieka. Bieda! Powtórki misji są wkurzające. W SR2, przy powtórkach nigdy nie wiadomo było czy nam się uda, czy NPCowi. Czy będzie uciekał samochodem czy pieszo, czy misja wogóle się odpali (bo gość zginie tuż przed). W GTA4 najbardziej osłabił mnie malutki zonk. Wysiadam z auta. Widzę znacznik misji. Biorę do ręki uzi, by po aktywacji misji spróbować skosić kolesia, który chce wskoczyć na motor i umknąć. Podchodzę, odpala się misja, mija scenka, mogę grać i... dupa. Puste ręce! Nie ma szans by dobyć (ponownie) broni i strzelić. Misja to pościg i koniec. Do bani z takim sandboxem. W SR2 znikały niektóre samochody z ulicy, kiedy "wyszły" poza ekran. W porównaniu do sztywnego GTA - ten błąd to do przeżycia był.

Narzekam, narzekam. Nie nawidzę sztywności - stąd, pewnie ciągnie mnie do multiplayerów. Wychodzi teraz Borderland (za tydzień!) z kooperacją na 4 graczy. Postapokaliptyczny action rpg. 87 bazylionów spluw (bzdura, 100 by wystarczyło :D). Ascheron ostro się bierze za ten tytuł, namawia też kumpla. Powalczymy razem!

10 listopada pojawia sie Modern Warfare 2. Mocno oskryptowany singiel - ludzie mówią, że najlepszy film interaktywny ostatnich lat to było Call of Duty 4: Modern Warfare. Tu ma być jeszcze lepiej. Hmmm... akurat to singiel w tej grze mnie nie interesuje, ale multi... W MW grało 14 milionów graczy! Z drugiej strony, to taki SOCOM. Usiłuję sobie wmówić, że MW2 jest nie dla mnie, ale jakąś magię (porządnego multi) w tym tytule czuję. Pewnie za dużo recenzji widziałem. Za dużo nasłuchałem się Maćka, który multi w CoD 5 World At War wychwalał pod niebiosa, a jako, że wsiąknął również w multi KZ2, to możemy myśleć podobnie. Mam tak, że ciągnie mnie jak lep muchy wszystko co nowe. W multi KZ2 pograłem z 2 miechy razem, w SOCOMa będzie miesiąc. Myślę, że od choroby MW2 wybawi mnie Borderlands, w który wsiąknę na długo. A ratunkiem prawdziwym przed MW2 będzie, jak chłopaki wreszcie zaczną grać w SOCOMa. Mecze rankingowe są dla mnie kompletną niewiadomą (od strony zwycięstw, bo kilka moich prób kończyło się fiaskiem).

Odkurzając półkę ostatnio, natknąłem się na EndWar. Z pewną taką nieśmiałością zapuściłem tytuł. 3 misje, dla przedszkolaków. Nuda. Ale zostanie, na później. Problemem jest bardzo niespójna kampania. Raz gramy po stronie US, raz po stronie EU, raz po stronie Rosji. Na PSP odkryłem Warhammer 40000 Squad Command. Demo do ściągnięcia z PSN - super świetna turówka taktyczna! Tylko jedna misja i... szukaj gry na allegro, bo wydana w 2007 i jeszcze jej nie przenieśli na PSN. Chamy.

I turówką kończąc... na PSP mam Metal Gear Solid AC!D. Wspominałem coś o tym, że MW2 to film interaktywny? AC!D to interaktywny komiks. Odpaliłem na próbę, 30 min później - nieprzytomny, konsolkę wyłączałem. I chcę tam wrócić! Najgorsze jest to, że nigdy nie wiem, co mnie w danym dniu wkręci (Ascheron już coś o tym wie..... :-)))).

poniedziałek, 5 października 2009

Perełki z PSN

Precipice of Darkness

Odkryłem toto w niedzielę:

I nie, nie kupiłem jeszcze (36 zł), aczkolwiek, ta gierka RPG,  z walką,  w starym dobrym systemie turowym chodzi mi po głowie (tu akurat fragment części 2):

W co grałem? W Monster Madness Grave Danger.

Kolejna komiksówka, tym razem action-shooter pełną gębą. Takie cartoonowe Left 4 Dead. Do ściągnięcia jest demo. A paluchy bolą :-)

Aż wreszcie stanęło na tym: Magic Ball.

Szalona wersja Arkanoida na miarę XXI wieku. I powiem Wam... mega grywalna!

Na uwagę zasługuje casuallowate podejście - nową grę możemy zacząć od dowolnego poziomu, który wcześniej przeszliśmy. I... piękne toto jest!

39 i rośnie...

Eh, obsmarkałem się i rozkaszlałem. Zanim zalegnę w kocu na kanapie z pilotem/padem w łapie, machnę krótką relację z wczorajszej wizyty na targach gier w Łodzi.

Targi, to za duże słowo. Owszem, w hali Expo było z 500 ekranów a przy nich pecety i xboxy, ale jedynym stoiskiem coś sprzedającym była kafeteria. Nie było na czym oczu zawiesić - trzy roznegliżowane hostessy były łakomym kąskiem, ale wgapiać się nie mogłem, bo byliśmy... rodzinnie. Elizie generalnie się nie podobało, Maksowi - owszem. Do momentu, gdy jedna z hostess pilnujących standów xboxowych wyprosiła nas z gry Halo, bo "dżentelmen na pewno nie ma 16tu lat". Dżentelmen w ryk, a przecież tak niewiele brakowało. Jedynie 1o lat!

O samych xbox'ach. Pady toto ma jakieś takie małe, w dotyku jak plastik szczoteczki do zębów Oral B. Ekrany LCD dobrano tak, aby pokazać XBoxa z najgorszej strony ;-). Spróbowaliśmy Pure (nie umywa się ta gra do Motorstorma 2, fachowiec 6cio letni to potwierdził), te nieszczęsne Halo (nie 3 - trójka jakoś jeszcze wyglądała, podobnież Gears of War 2 - choć po KZ2 i Socomie to żadna z gierek mi się nie podoba).

Przy stoisku z Need 4 Speedem musieliśmy się obejść smakiem, bo okupywane było przez... hostessę. Skierowała nas obok, do Dirt'a. Maks Dirta znał, więc fail. Wreszcie, mały stwierdził, że chce piłkarzyki. Zasiedliśmy przy pececie, na którym odpalono PES 2009 i pograliśmy (doprowadzając Elizę do rozpaczy z powodu nudy). Mi trochę gra nie szła, bo akurat na wprost, z 10 metrów, miałem te trzy strategiczne hostessy w srebrnych bikini ;-)

Z ciekawostek - widziałem panią, elegancko ubraną, na oko 50 lat, która fragowała w Counter Strike'u lepiej pewnie niż niejaki dab3r (;-)).

16 złoty wejściówki, liczyłem na stoisko Logitecha i możliwość spróbowania kierownicy do Gran Tourismo 5, ale niestety... porażka. Sukcesem imprezy było zainteresowanie Maksa nowym typem gry - demo PES 2010 wczoraj, po powrocie grane było z 3 godziny... (ale ciężko w tym strzelić gola!).

PS: dopadło mnie jakieś przeziębienie z zapalającymi się oskrzelami. Brrr.... ale, mam przynajmniej chatę wolną i zanim mnie nie zmorzy gorączka - pograć w co nieco muszę.