Na przemienie z MAGiem gram sobie w Skyrima. Ku uldze mojej małżonki, która ostatnio wścieka się jak słyszy z głośników strzelanie (dziwnym nie jest - młody tłucze w tytuły, w których strzelanie to norma - Uncharted, Just Cause 2 czy MW3, więc pewnego rodzaju przesyt jest - choć ja jestem szczerze zdziwiony ;))

Skyrim.
Dałem się złapać w sidła temu rpg fantasy w grudniu. Mimo, że czasem twierdzę, że nie lubię fantasy, to jednak są pewne wyjątki. Dawno temu były to Dungeon Master, Ishar, Eye of the Beholder czy Pools Of Radiance (jeszcze na Amigę!). Teraz, po latatach i nieudanych próbach wejścia w świat fantasy znów (Dragon's Age, Dungeon Hunter) Skyrim mnie zachwycił.
Po pierwsze - to "Fallout 3 with swords" (wcześniej mówiono o F3, że to "Oblivion with guns", więc kółeczko się zamyka; Oblivion to poprzednia część Skyrim, sagi Elder Scrolls). Szybko odnalazłem się w grze i systemie rozwoju i prowadzenia postaci, questów, przedmiotów, ich rozwijania czy też mechanizmów krycia się i samej walki. Pod tym względem - wymiata, bo uważam, że engine Falloutów (3 i New Vegas) się sprawdza w rpg.
To wielki, olbrzymi , pełen tajemnic i zaskakujących zagadek świat. I ładny jest. Urzeka czasem pięknem widoków (byle nie z góry, bo wtedy powtarzający się rzucik tekstur traw, czy pól robi kratkę, a to nie wygląda za ładnie). Ładna woda, ładne skały, dungeony i smoki. Pająki również. No i oświetlenie - pod tym wględem gra pięknie gra światłem, szczególnie zapadający zmierzch i wstający świt pozostawiają niezatarte wrażenie.
Gram mrocznym elfem. Kreuję go na wiedźmina (zatruty, magiczny miecz w jednej ręce, fireball w drugiej). Mnogość uzbrojenia i broni - powala, aż czasem nie wiadomo co z sobą nosić, ale jak konsekwentnie trzymam się elfich wyrobów. Tym bardziej, że można je samemu robić i ulepszać.

Crafting.
Tak więc przez pewien czas nie robiłem nic innego tylko łaziłem po kopalniach, szukałem rudy żelaza, kopałem ją, przetapiałem na sztabki, wreszcie lazłem do kowala i dzięki jego uprzejmości mogłem użyć kuźni. Ten swoistego rodzaju leveling przetykany był eksploracją świata i dokańczaniem questów.
Questy.
Podobnie jak w Fallout, po pewnym czasie mamy gazillion porozpoczynanych questów . Ich wykonanie rzuca nas z jednego krańca świata na drugi i o tyle jest dobrze, że później można szybko przemieszczać się z jednej lokacji na drugą, o ile wpier się do niej dotrze. Na piechotkę lub konno (koń jaki jest każdy widzi, i widzi, że w Skyrim z niego się nie powalczy, więc słynne DLC z Obliviona "Zbroja dla konia" tu w niczym nie pomoże).
W chwili obecnej, poza setką questów do dokończenia, moja postać, która dokulała się do 24 lvl rozwoju postaci, za chwilę będzie mistrzem kowalstwa (przy okazji też zaklinaczem przedmiotów, alchemikiem, kucharzem, krawcem). A jak już będzie - to w pierwszej kolejności trzeba ulepszyć i umagicznić elfią zbroję. A potem zrobić nowy, lepszy miecz, by zabicie smoka odbyło się dwoma, a nie czterema ciosami miecza.
O ile w rzeczonego smoka trafię.




