O każdy metr ziemi...

czwartek, maja 10, 2012

Osiągnąłem dziwny stan. Nie ciągnie mnie do nowości. Takie uMAGicznienie mi się zrobiło - tyle, że do Battlefielda 3. Mogę  grać wciąż i wciąż w te same mapy (jak w MAGu). Co prawda, daleko mi do rekordu godzinowego z MAG, ale jeszcze wszystko przede mną.

Po primo - jeszcze nie wiem co to "Back To Karkand". Secundo - "Close Quarters" ma się pojawić za miesiąc. Oznacza to drastyczne zwiększenie nowych map i możliwości grania (więcej zniszczeń), więc uatrakcyjnić się (wiadomo - "nowe"). Ale... nie jest to dla mnie ważne. Lubię grać te mapy, które teoretycznie powinny mi się przejeść już dawno.


Tak, wiem, że podniecanie się BF3 po półroku od premiery może wydać się dziwne, ale zakładam, że to efekt zbliżającego się kryzysu wieku średniego ;) Gra mnie jara jak nigdy wcześniej. uMAGiczniła mi się.


Mam kilka ulubionych, mam kilka których niby nie lubię. Lecz wszystko... zależy. Wczoraj trafiła mi się ciekawa gra, na mapie, której nie cierpiałem szczerze ("Grand Baazar"), a mimo to... 90 min (dużo ticketów) na flagach przeszło w oka mgnieniu. I to nawet nie była zasługa gadania, bo akurat wczoraj moje ziomki grali bez mikrofonów. Motywem przewodnim, poza wysokim poziomem gry przeciwników była... bardzo duża "imersja" ;). Już wyjaśniam: serwer o nazwie Kingdom of Saudi Arabia przyozdobiony piękną zieloną flagą z maziajami po arabsku. Gram w dubbingu, więc zdania generowane przez grę "No ogarnijcie się, kurwa, bo wszyscy zginiemy!" mieszały się z arabskim słowotokiem niektórych team-mateów. A "Grand Baazar" to w Teheranie czy w Bagdadzie jest, więc pełna wczuwa a'la "Polski Kontyngent Wojskowy vs rebelianci w Iraku" była :) OK, to żart, ale gra miejscami była bardzo dynamiczna. Przeciwnik wściekle dobry, a my nie odpuszczaliśmy. Przegraliśmy sromotnie (192:0 - tyle pozostało ticketów z 1800?), ale gra była tego warta. Nie było quiterów, wszyscy walczyli do końca, mimo ciężkiego campienia respawnów, używania "zakazanych/lamerskich" broni itd.

Miałem ostatnio kilka podobnych meczy. I jako wygrani i jako przegrani. Te, gdy dostawaliśmy ostro były najlepsze. Najbardziej zacięte. Mapa "Seine Crossing" - Paryż, respawn US, oddzielony mostem. Przycisnęli nas z każdego kierunku, snajperzy po domach, grad rpg, jakieś czołgi non-stop. Masakra, ale... to uczucie gdy ściągnie się lecącą lobem rakietą snajpera, który sprzedał mi 5 killi pod rząd. Albo cicho przepłynie rzekę i zaatakuje z pistoletu z tłumikiem 4 kolesi, sprzedając im 3 headshoty, by ten ostatni zmasakrował mnie z CKMu. Podnoszenie medykiem towarzyszy broni i kitranie się za betonowymi umocnieniami przeszkód antyczołgowych. Żadne tam "bohaterskie" run & gun do wyrzygania obecne w CODach. Tylko taka walka o każdą pędź ziemi. Każdy metr...

Taki właśnie był MAG. I taki jest BF3. Atakuje się non-stop ciężko bronione punkty, albo próbuje się przebić przez blokadę. Dróg jest wiele, można kombinować samemu, w teamie, taktycznie, po cichu, lub porozumiewać się. I nigdy nie wiesz co ci na łeb spadnie. Gra w której, pistolet w close-combacie jest morderczy i można odszczelić komuś głowę z granatnika. Nikt nie skacze jak pojebany ("bunny jumping") i można driftować czołgiem.

Jeszcze niedawno wydawało mi się, że prywatne serwery to zło wcielone, i nie ma lepszego trybu niż szybki hardcore (bo nie umiałem korygować strzałów, których trzeba oddać kilka by załatwić przeciwnika na normalu). Ale.. odmieniło mi się ;). Urzekły mnie zarówno zmagania w trybie normal jak i prywatne serwery. Arabski to jedno. Niemieckie - to już wogóle epickie, szczególnie jak team szwargocze w języku Goethego (Ja, ich bin ein Schlesier!). Najlepszy był jednak nasz, swojski, z tekstem przewodnim:

"Metro. Nie biegajcie jak pojebani, tylko brońcie B."

Prosty przekaz jest najlepszy :). 

Konstrukcja map, konstrukcja samego BF3 jest genialna. I nawet nie chodzi o system zniszczeń. To szerokie pola manewru, pełne taktycznych i strategicznych punktów. Z genialną fizyką. Bez zaskoczek typu killstreaki. Taki MAG, tyle, że lepszy (i bardzo dobrze, bo Sony rozwiązując studio Zipper zabiło me marzenie o drugim MAGu-tyle-że-lepszym)

Bezpośrednio porównując BF3 z MAG, czy BF3 PS3 z wersją pecetową gdzie jest graczy 2.5 raza więcej - bałem się, że gra będzie mało dynamiczna. I początkowo ją tak widziałem. Ale, okazało się, że myliłem się.
Tu  tworzą się punkty ciężkich walk, gdzie jest sens siedzieć i pilnować (bo przyjdą) lub atakować (bo trzeba). Zero biegania na około po dungeonach udających Paryż (MW3), gdzie masa fragerów ma gdzieś drużynę.

Co jest dla mnie fajne, dla mnie - wiecznie nie mającego czasu, zmęczonego kolesia? Szybko wbijam w interesującą mnie mapę. TAK. Zero bezsensownego losowania. Wchodzę, gdzie akurat trwa mecz, na mapie którą lubię. Mam 20 min czasu i gram tyle ile mogę. Kiedyś rozłączyło mnie, w szczególnie fajnym meczu, gdzie punktów leciało bardzo dużo. Myślę - cholera, tragedia!! (bo jestem stats bitch - WYNIK się LICZY!!!). Patrzę do battleloga - a tu niespodzianka, punkty dodane, mimo "quita". Czyli bez stresu, bo gra dla mnie (stats bitch) miała sens. A czas to pieniądz! A ja nie cierpię marnowania mojego cennego czasu ;)

Jest efekt uboczny mojej fascynacji BF3 - żona kazała mi ostatnio grać przez słuchawki, bo ma dosyć odgłosów karabinów. Trochę mnie to zasmuciło, bo genialny dźwięk BF3 najlepiej brzmi na kinie domowym :) Łatwiej mi się orientować, gdzie jedzie wóz bojowy, gdzie gdacze kałach czy leci heli. Z drugiej strony... tak się ostatnio zawsze składa, że gdy dołączam do gry, zanim się pojawi obraz słyszę:

"Do chuja, weźcie się do roboty, bo przegramy!"

Coś w tym jest.

update z nocy: AimKing. Tak jeszcze nie miałem ;)


Mogą Cię zainteresować...

0 komentarze