Jaki prezent kupić (sobie) na Dzień Kobiet?

piątek, lutego 26, 2016

Pograłem całe 5 godzin w the Division open beta, a potem pojechałem w góry by szaleć na desce :) Dziś siedząc na obitej dupie i przygotowując się do ostatniego dnia białego szaleństwa, postanowiłem wreszcie zebrać do kupy moje wrażenia z tej gry i opowiedzieć Wam, dlaczego chcę tę grę na premierę! A przy okazji, kupię sobie pierwszy w życiu prezent na Dzień Kobiet (bo wtedy jest premiera The Division) ;-)

Open World MMORPG (tak jakoś...)

The Division to mmorpg, czy się komuś podoba czy nie ;) Cechy tej gry, jej konstrukcja nie pozostawiają złudzeń. Nie jest to gra z single kampanią i trybami multiplayer. Nie jest to "nowojorskie" the Destiny, bo tamta gra miała singlową kampanię z elementami kooperacji oraz zupełnie oddzielone od gry tryby multiplayer, którym bliżej było do Call of Duty niż do zmagań w mmo które znam. The Division można grać i solo i w kooperacji i walczyć z innymi graczami - praktycznie wszystko w tym samym miejscu, na tej samej, wielkiej mapie - ot, wystarczy przejść do innej dzielnicy.

Otwarty świat w the Division jest wielki i pozwala na niezauważalne przejście z jednego rodzaju gry (singlowe włóczenie się) do kooperacyjnego (mapa podpowiada, że w pobliżu jest znajomek), aż wreszcie wejść w strefę zmagań z innymi graczami. Wszystko to "z buta" i bez wybierania trybów rozgrywki w menu. Taka konstrukcja świata jest dla mnie bardzo znajoma, bo występuje w... EvE Online. Być może to zbyt wielkie porównanie, ale ten element jest dla tych gier wspólny. W EvE od spokojnych terenów hi-sec, gdzie gracze sobie spokojnie robią misje z NPCami, możemy polecieć dalej w tereny bardziej niebezpieczne, by wreszcie wlecieć w low-sec i stać się celem polowań innych graczy. Oczywiście w the Division ten model jest uproszczony i w terenach pve (singlowych/coop) znika nam trochę mmo. Jesteśmy tam sami, nie widzimy innych graczy plątających się nam po drodze, chyba, że... odpalimy mapę i dopiero tam widzimy znaczniki naszych znajomych, którzy grają w the Division i są w pobliżu. Stąd tylko krok by zrobić team i łazić razem. Idąc dalej ulicami Nowego Jorku, dojdziemy wreszcie do Strefy Mroku, która jest już niczym innym niż tym samym co low-sec z EvE. Wchodzimy tam i nagle, poza NPCami (silniejszymi niż w strefie pve) pojawiają się inni gracze, i zaczynają się aktywności pvp. Tak, player vs player to nie tylko tryby multiplayerowe znane z shooterów, ale też zabawa kooperacyjna "my vs oni" lub "zróbmy coś razem", albo "zaatakujmy tego kolesia, bo na pewno ma coś fajnego". Można walczyć z NPCami, napadać innych graczy dla zdobycia doświadczenia lub sprzętu. Więc chodzi o sprzęt - lepszy, rzadszy, droższy. A czymże to jest, jak nie starym dobrym piractwem z EvE?

To co różni to niestety brak handlu sprzętem, konkretnie - handlu z innymi graczami. No ale, sprzedawać ten można NPCom, więc kasę na lepszy sprzęt w ten sposób można farmić! Strzeżcie się!

Szkoda jedynie, że narazie tryb pvp nie pokrywa całej mapy, a jedynie jej centralną część. Do czasu... aż wyjdzie DLC "Survival", w którym obiecują, że Strefa Mroku ogarnie cały Nowy Jork! Nie mogę się doczekać!


Konkrety - co widzę

Zachwycam się tu i porównuję, a Ty Szanowny(a) Czytelniku(niczko) pewnie czekasz na konkrety! Otóż pierwszym konkretem jest wizualne bogactwo otwartego świata.

Pieczołowicie oddane lokacje

Nowy Jork bez grafiti, to nie Nowy Jork

Diabeł tkwi w szczegółach

Pogoda zmienną jest

Trochę zwiedziłem zanim dopadli mnie kooperanci ;) Da się włazić w ciasne uliczki, zakamarki, w wybrane miejsca czy wspinać na budynki. Oczywiście pierwsze co zrobiłem, to testowanie odporności środowiska na zniszczenia. I tak, niszczy się wiele rzeczy w mocno wizualny sposób.

Dobry szczur to martwy szczur. I doszło parę XP oraz ślady na śniegu

Psucie znaku. Diody się wściekły do czerwoności

Tak, da się zabić psa. Zielonego NPCa już nie.

Nie lubię piłki nożnej więc ją kopnę.

Wyje i wyje. Redukcja świateł i dźwięku.

Wycinanie wzorków w szybach. Poczekajcie aż kawał szyby wyleci z ramy!

Konkretne granie

Podziwianie co, gdzie jest przerwał mi kolega, który wylukał moją obecność na mapie i poprosił o przyjęcie do drużyny. Zaczęliśmy robić misję, do której po chwili dołączył kolejny! Początkowo siedzieliśmy na czacie głosowym imprezy, a potem przełączyliśmy się na czat gry. Tu niestety, nie działało to za dobrze: w grze występuje tzw. proximity voice chat czyli możliwość usłyszenia gracza, który jest akurat w pobliżu. Stąd, gdy rozłaziliśmy się, automatycznie przestawaliśmy się słyszeć! Grę drużynową uratował czat imprezy. Natomiast gdy walczyliśmy w Strefie Mroku, okazało się, że jednak proximity voice chat jest aktywny i słyszeliśmy obcych graczy! Niestety, głównie wtedy gdy podbiegali dobijać nasze ranne postacie...

Niebieski punkt na mapie oraz ksywa z "x" w prawym dolnym rogu ekranu to potencjalny gracz, którego możemy dołączyć do naszego oddziału
Pierwsze wejście do Dark Zone przywitało nas widokiem innych graczy, którzy póki co nie interesowali się nami zbytnio. Byli zajęci atakującymi NPCami. Postanowiliśmy im pomóc do czasu, gdy jednemu z nas omsknął się palec i nagle cały oddział dostał "Rogue Status". Czyli zostaliśmy oznaczeni na czerwono, jako "źli gracze, zabić na miejscu". I wtedy zaczęła się jazda! Do zabawy przyłączyła się również zmienna pogoda, sprowadzając zamieć i ograniczając widoczność praktycznie do niewyraźnych cieni. Moc! Takich efektów pogodowych, to chyba w żadnej grze nie widziałem. W zamieci trudno było rozpoznać, kto jest swój, a kto wróg, kto gracz, a kto NPC (tak mi się w każdym razie wydawało - nie było przez tę chwilę widać nicków nad postaciami).

Po zadymie, postanowiliśmy odbić w kręte uliczki, zgubić innych graczy i udać się na badanie strefy pvp. Znaleźliśmy wejście do metra, zeszliśmy do środka i klimat od razu zgęstniał. Leżące pokotem ciała, poprzykrywane workami, w mdłym świetle oraz mrowie grasujących szczurów nie były zachęcającym widokiem. "Ależ tu musi śmierdzieć..." usłyszałem. A potem pojawiły się dwa mini-boss'y i po krótkiej walce, staliśmy się posiadaczami pierwszego "skażonego" lootu z Dark Zone, który ulokował się w gustownych, żółtych pojemniczkach ze znakiem biohazard przytroczonych do plecaków. Celem nagle stała się strefa ewakuacji. I zabawy pojawiło się bardziej niż "moc"!

Już za chwileczkę, już za momencik...
Jako, że znak extraction point jest widoczny z każdego zakątka Strefy Mroku, to działa na innych graczy jak lep na muchy. Ciągną jak do miodu (w żółtym, skażonym pojemniku)! Pojawiają się inni, zaczyna się gra nerwów. Sytuację wykorzystuje też sama gra, posyłając nam złych i twardych NPCów. Padamy jak w/w muchy. Ale uparcie wracamy w miejsce swych zwłok, bo przecież "gnoje nie zabiorą mi mojego sprzętu!". Walczyliśmy ostro. Siekanina była zacna, a rpgowy system strzelania nie jest taki zły. Jak się strzela głównie headshoty (nawet z pistoletu!) to oponent nie ma szans. Udało nam się wyciągnąć stamtąd parę ciekawych (rzadszych - niebieskich, bardziej pospolitych - zielonych) przedmiotów. Trafiły do bazy...

Co mnie ujęło najbardziej?

Szybkość z jaką tworzą się teamy i dochodzi do akcji. Lub też - szybkość, z jaką usiłujemy opuścić akcję ;) Tak, po zabiciu kilkunastu...kilkudziesięciu innych graczy nasz Rogue Status był coraz większy i trwał coraz dłużej. Staliśmy się ofiarami regularnej nagonki innych graczy. Zaczęliśmy uciekać, a wróg gonił nam po piętach. Walki wybuchały na każdym skrzyżowaniu czy podwórku, przez które wiodła nasza trasa ucieczki, ale póki choć jeden z nas stał na nogach, dopóty trwaliśmy jako naznaczeni. Wreszcie padliśmy i... mogliśmy się odrodzić w dwóch punktach wejścia w Dark Zone. Już bez statusu... wolni. Stwierdziliśmy, że trzeba stąd wyjść i zwiedzić strefę pve. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że wyjście jest niemożliwe! (bo to była beta, i akurat ta część miasta nie była dostępna). Musieliśmy wyznaczyć trasę do prawdziwego wyjścia... wiodła ona przez środek DZ. I pobiegliśmy chyłkiem, kryjąc się za samochodami i schodząc z oczu innym graczom. Do wyjścia!

Klimat tej ucieczki był niesamowity.

Ja chcę jeszcze raz! Nie mogę się doczekać Dnia Kobiet ;)


Mogą Cię zainteresować...

1 komentarze

  1. Też walczę o pada przy każdej okazji, z tym że z rodzeństwem ;) i chyba zrobię im prezent na dzień dziecka :D

    OdpowiedzUsuń