Oczy Helghastów mają moc hipnotyczną. Kumpel twierdzi, że jak jeszcze ze 3 razy zobaczy reklamę z Media Marktu - PS3 + Killzone 2 to nie wytrzyma i sobie kupi (a potem jakoś to wytłumaczy żonie). Czego mu szczerze życzę! Aczkolwiek, gdyby była to reklama, jak np. HalfLife 2 - pewnie z miejsca by nabył...
Wczoraj, o 12tej udałem się przez stołeczne miasto tramwajem do złotych, do saturna, po bundle'a Killzone2+Black Hawk Down BlueRay edition. I... syf. Nie wiedzą kiedy będzie, bo narazie nie ma. Sprawdziłem konkurencyjny sklep z grami obok i empik - na szczęście sama giera jest, więc premiera dotrzymana. No nic.
Udałem się ponownie, już po pracy, w okolicach późnej 18-tej. Są pustawe już standy z Helghastem, a w nim... smutne pudełka po 199 zł i ZERO helikoptera w ogniu. Widziałem zszokowane spojrzenia paru 30+ geeków, którzy również kręcili się przy stoisku z grami na PS3. Pan w niebieskim polarze, którego zapytałem o BD'ka smutno stwierdził - "skończyły się". No nic. Zawsze to dychę taniej niż obok czy piętro niżej. Porwałem swój egzemplarz razem z gazetką "Witajcie na Helghaście". Grupka geeków, którzy usłyszeli smutne słowa, również podjęła decyzję i zaopatrzyli się w swoje egzemplarze.
Wczoraj mogłem się cieszyć jedynie zerwaniem folii z pudełka :(. Dopiero jutro, po powrocie do domu bedę mógł wieczorem stwierdzić: "kochanie, dziś oglądamy interaktywny film wojenny!". Dziś przeczytałem, że 2 mil userów przypuściło szturm na serwery KZ2 online i odbijało się od komunikatów o wyłączeniu czy przeciążeniu. Heh, jutro to się będzie działo jeszcze lepiej, jak ameryka dołączy.
A w ramach nadrabiania zaległości, w hotelu, na lapie odpaliłem sobie Blitzkrieg 2. Małe czołgi i jeszcze mniejsze ludki :-) Wirtualny mein panzer spodobał mi się od pierwszego rozegrania. Ruskie gadają po rusku, szkopy po szkopsku, a hamerykańce po swojemu. Fajnie się w to gra (ostatni RTS, poza konsolowym EndWar'em, w jaki grałem to... Age of Mythology chyba, kiedyś, dawno temu). I fajnie chodzi na lapie (na szczęście, bo ostrzegawcze napisy na pudełku - "...GRA MOŻE NIE DZIAŁAĆ NA LAPTOPACH..." spowodowały lekkie uczucie strachu, ale ryzyko (całe 22,95 zł) się opłaciło). Kiedyś marudziłem o rocznym planie ukończenia Arcanum. Heh... ludzina zmienną jest. I pragnie nowości.
Nie to, żebym od razu leciał do sklepu po GH:Metallica. Ale to znak czasów. Może, jak wyjdzie GH:Black Metal i będzie Emperor, to się skuszę :D
No nic. Teraz, pogrążam się w światku gangsterskim Saints Row 2. W planach jest GTA IV aczkolwiek, nie wiem... wszystkie plany mi ostatnio szlag trafia. Narazie SR2 jest najbardziej grywalnym przeze mnie tytułem. I teraz, przez ten tydzień jestem w rozjazdach i bez konsoli i cierpię tak, że nawet na laptopa chciałem zapodać Grand Theft Auto: San Andreas. Ale cena (69 zł!!!) ze tego "starocia" mnie trochę otrzeźwiła. Z niemałym szokiem odnotowałem też cenę PCtowej wersji GTA IV - 150 zeta!!! Tyle to ja dałem za SR2 i po dużo niżej na allegro wyciągnę wersję na PS3. W sklepach z grami chodzi toto po 159 zł. A niby gry konsolowe miały być droższe?
Ej, no i pisarzem zostałem. Recenzja Dead Space jest na portalu eGames.pl.
Zamierzam z recenzjami przenieść się tam, a tu, zostawię sobie osobistą felietonistykę, wszak to dziennik, god damn it...
Dodam jeszcze video z gameplay'a, wczoraj zrobiłem pierwsze testy z kamerką na statywie i po półgodzinie dobierania ustawień manualnych focusa i ekspozycji w kamerze, uzyskałem jakość jak z framegrabera! [i będą więc własne gameplay'e a nie byle co ściągane z youtuba...]
Zapraszam do lektury (i trofea dodałem :-)). Moim celem w DS jest zdobycie Brawler'a.
Rewelacyjnie zmontowane wideo z GTA4 oraz kilkudziesięcioma fragmentami mjuzyki z odpowiednim tekstem:
Mi tu cały czas kumpel o GTA 4 nadaje i nakręca ostro, że ledwo się trzymam. Dla mnie GTA skończyło sie jakoś tak po jedynce, potem jakoś tak... nie zwracałem na to uwagi. Vice City wyszło, gdy ostro siedziałem w Evie, więc nic poza tą przestrzenią, do mnie nie trafiało.
Kiedyś to były gry... Na taką dyskusję natrafiłem wczoraj na necie. A przy okazji, mogłem zweryfikować doświadczenie, któremu poddałem się w ubiegłym tygodniu. Otóż, zarzuciłem sobie urlop "tacierzyński" i spędzałem dzień po dniu z Maksem. Żona zyskała trochę oddechu i rzuciła się w wir pracy, tak, że mieliśmy chatę wolną. Nie... nie spędzaliśmy całego dnia przed konsolą :-), raczej... połowę. Mały tak ostro wymiatał w Little Big Planet, że... kiedyś o tym napiszę. A drugą połowę dnia spędzaliśmy w "fikolandzie" (komercyjny plac zabaw dla dzieci/kawiarnia dla rodziców). A mając dość czytania tam mangi, polazłem tam z laptopem, uzbrojony w... Arcanum - Przypowieść o Maszynie i Magyi.
I koszmar powrócił.
Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, Arcanum jest grą tak świetną i wciągającą, że mimo jej starości (2001) oraz wielokrotnego grania, wciągnęła mnie znów. Wykorzystałem ten tydzień haniebnie. Bez umiaru, do pierwszej, drugiej w nocy, przy śniadaniu i kolacji, w Fikolandzie, i pod pozorem przerw w Little Big Planet. Tylko Arcanum. A moja połowica pochłonięta była pożeraniem mang i podsypianiem na kanapie - stąd udało mi się... zatruć. Zatruć Arcanum. Stąd - koszmar powrócił.
Nie cierpię tego stanu. A on pojawia się tylko przy grach, które są tzw. timesink. Czyli po naszemu pożeraczami czasu. Jak langoliery. AFAIK, Arcanum było oceniane na 120 do 180 godzin gry. Co przekłada się na x razy więcej, bo często człek się gubi, błądzi, ginie i zaczyna daną akcję od nowa. Fallout 3 ma akcję ocenianą na 50 do 80 h. Hardcore'owcy (nolife?) mówią, że F3 jest za krótki. Dobre sobie. Mnie znudził (tj. zbrzydził się) po osiągnięciu całych 2%, a grałem w niego tak z ręką na sercu 6 tygodni. Może jestem leszczem, a może łażę bez celu po pustkowiach i zlewam questy? (w EvE często olewałem misje, ale tam timesinkiem było co innego). A wracając do boskiego, super nieliniowego i wkurwiającego Arcanum. Przy tak gęstym graniu jakie miało miejsce przez ostatnie 7 dni, bez zmieniania postaci, przy reloadach jedynie w przypadku śmierci bohaterki (lubię grać babkami) udało mi się osiągnąć... 13ty lub 14ty poziom. Na 120 możliwych. Stąd widzę, że 120-180 h to czas dla kogoś, kto zna gierkę na wylot i nie ginie :D A potem pojawia się zatrucie grą i ma się jej po prostu dosyć (z napadami "głodu" na grę też, ale to tylko obiaw, że już dłużej się nie da...)
Wyjście.
Początkowo, informacje, że do ukończenia jakiejś gry potrzeba 9h (Mirror's Edge) czy 10h (Resistance) ma się wrażenie, że traci się w ten sposób pieniądze. Nic bardziej mylnego. Stosując wyznacznik x na określenie prób grania i pokonania własnych niepowodzeń, okazuje się, że gra na ekranie gościć będzie dużo dłużej - kilka dni, a nawet tygodni. Aż zacznie się nudzić. Lub wystąpi zatrucie. Życie to weryfikuje.
Arcanum jest fajną grą, jeśli ją dawkować. W życiu jej jeszcze nie skończyłem, choć dwa razy byłem ku temu blisko. Teraz, plan jest taki, by zostawić ją na laptopie na czas delegacji lub weekendowych nocy na wsi. Oznacza to, że w przeciągu roku, jest szansa, że ją skończę.
A dziś.
Ktoś może pomyśleć - po co się męczyć z takim starociem? Otóż... Arcanum jest jak książka. Taki też był Fallout. 1 i 2. Podobno, Baldurs Gate też. Icewind Dale, na silniku BG, średnio mi się podobał, bo po tym, jak odcięło od gracza początkową lokację, oraz po tym, że nie można było pójść gdziekolwiek, uznałem ją za "liniową". W stosunku do Arcanum i Falloutów.
W obecnych czasach... wróć. W 2006tym, zachwycając się ROSE Online, World Of Warcraft i innymi onlineówkami chodzonymi, stwierdziliśmy z kumplem, że czas gier samotnych się skończył. Online to gigantyczna sandbox (free roaming jak ktoś woli), która dostępna była właśnie w Falloutach i Arcanum. To twierdzenie tylko z początku miało rację bytu. cRPGi bronią się bardzo skomplikowaną fabułą, piętrowymi dialogami i multum misji, gdzie "levelowanie" praktycznie nie istnieje (bo najwięcej doświadczenia dostaje się za questa nie za zabijanie). A w online - farmienie czy to złota czy postaci jest na porządku dziennym.
RPG nowej ery, z którego Fallout 3 jest tym co znam, ma inny problem. W rzucie izometrycznym, nawet przy ciemnych barwach, nie jest tak ponuro. Widzi się całą lokalizację, przedmioty, postacie, dużo wcześniej, niż własna postać je dostrzeże. Stąd, decyzje "co robić" podejmuje się znacznie szybciej. W rpg FPP, niestety, zjawisko to nie występuje. Bo takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy. W F3 często dostawało się rakietę w plecy, bo występował efekt zaskoczenia. Przeszukanie sklepu - to mordęga. W Arcanum, widać kupkę rzeczy lub skrzynie. Podświetla się, można podejść i wziąść. W F3 tego nie ma. Trzeba leźć samemu, dotknąć, zobaczyć. Ludzie narzekają, że F3 to kicha w porównaniu do F2. A mi się nie podoba z innego powodu. Za mroczny. Za brutalny. A to po prostu inny typ gry. Free roaming na modłę online. Gdzie zamiast statystyk postaci, zaczyna się liczyć "manual" i zorientowanie samego gracza. Czy F3 to dobry RPG? TAAAK! Bo w nim następuje najpełniejsze odgrywanie roli postaci. To co odczuwamy, patrząc na syf w jakim postaci przyszło się poruszać, to prawdziwe jej odczucie. Czegoś takiego nie doświadczamy w cukierkowej grafice z rzutem izometrycznym.
Długo... nie, postoję.
Stąd, nawet te 50-80 godzin F3 wydaje się długie. Dla mnie za długie. Nie wyobrażam sobie remake Arcanum na silniku 3D. Ale już coś podobnego (Bioshock), które jest rpgiem ograniczonym do jednej lokacji (miasta), sprawdzi się znakomicie. Na silniku Arcanum, Bioshock zająłby z 1 może 2 godziny gry. Sama zawartość dema tej gry wciąga już na dobre kilkadziesiąt minut. A to tylko przejście kilku lokacji.
I to jest ta zmiana jakościowa, która dzieje się na oczach wielu (rozczarowanych?) graczy. Gdy, z wypiekami na twarzy grało się w Eye of the Beholder, paręnaście nocy, to nikt nie zauważał, że tak naprawdę, było to jedynie dwanaście poziomów jednego labiryntu. Labirynty w Arcanum są dużo mniej skomplikowane, a czas się tam wlecze i wlecze. Gdybym coś takiego miał przechodzić w Falloucie 3, umarłbym z nudów. Bo obecnie, akcja, nie lokacja, jest wyznacznikiem funu. A jeśli ona ma miejsce w różnych lokacjach - wtedy sukces jest pełny.
Podsumowuję.
Przeliczmy. Na luzie, gram 6h tygodniowo. Czyli F3 zajmie mi w najlepszym przypadku 14 tygodni. O Arcanum już wiecie - plan roczny, choć przy graniu weekendowo-wyjazdowym, nawet to może się nie zrealizować. A człowiek łaknie nowości. Nie licząc EvE i Arcanum, chcę skupić się tylko na konsoli. I tylko grach w jakie chcę grać sam, bez Maksa. W tej chwili, na półce mam swoich gier raptem.. pięć (Resistance: Fall Of Man, Fallout 3, Savage Moon, Metal Gear Solid 4 i nowiuśkie Dead Space). Okazjonalnie dojdą te, w które czasem zagram z synkiem (Motorstorm, Burnout Paradise, Colin McRae Dirt). Resistance - grałem z 2 tygodnie i przerwałem. O MGS i podejściach doń wiecie już sporo. F3 - 2% trofeów. Savage Moon - odblokowane tylko 3 księżyce z 12tu, ale największy fun idzie z masterowania wyniku w... pierwszym. Dead Space jest dla mnie nowe, Bioshock kusi, może powróci Mirror's Edge i chęć jej kupienia, a Killzoneowi pozwolę ochłonąć, stanieć i dopiero wtedy wpadnie. GTA IV też kusi...
A życie przecież składa się i z innych przyjemności i innych wypełnień wolnego czasu.
W piątek zarzuciłem się demami z PSN - Killzone 2, Resident Evil 5, "stareńki" Dead Space oraz Bioshock. Zacznijmy od początku.
Bioshock
Nagły wybuch, katastrofa lotnicza i lądujemy w wodzie. Bohater zaczyna się topić, a wokół szaleje piekło płonącego paliwa. Jest nieźle! Tak zaczyna się Bioshock. Podobnie, jak w Another World przejmujemy kontrolę nad postacią, która właśnie się topi. Trzeba szybko wypłynąć na powierzchnię i gdzieś się udać. W oddali majaczy światło latarni morskiej, więc płynę tam. Okazuje się, że wewnątrz, jest zacumowany batyskaf, gustownie urządzony w klimatach kapitana Nemo. Czerwona tapicerka, okrągłe bulaje, mosiężne wykończenia. Uruchamiam urządzenie i zaczyna się zanurzanie. W między czasie odpala się projektor filmowy i wyświetlany jest film czarnobiały. Klimat a'la lata 50te-60te w USA. Hmm... znów "Fallout", cholera mnie bierze, bo mam dość stylistyki śmiesznych rysunków z tamtych lat ("komiksowe" triody, żarówki i takie tam pipboy'e).
Dalej, zaczyna być ciekawiej. Wielkie, podwodne miasto, w szczegółach, okazuje się muzeum rozpadu i rozkładu. I tu pewnie pojawia się rola gracza, by to wszystko rozwikłać. Poczucie tajemnicy, zagrożenia i niesamowicie wyglądające efekty wody (szczególnie w scenie pękających pod naporem wody szklanych ścian) powodują ciche: wow! W sytuacji, gdy bohater aplikuje sobie tajemniczą substancję i przez jego ręce przebiegają wyładowania elektryczne, pad dualshockwpada w istną furię - wibruje wściekle, jak wiertarka udarowa, aż ciężko cholerstwo utrzymać ;-)
Po pewnym czasie, przychodzi refleksja, że gra ta jest bardzo podobna do gry Blood, pod względem klimatu (chodzi mi o tę pierwszą część). Narazie, spycham chęć w nią pogrania na plan dalszy. Niech poczeka, niech się wyleży, niech wreszcie stanieje. Jak zatęsknię (i ukończę) Fallouta 3, i dalej będę łaknął podobnych klimatów, nastanie czas Bioshock. Ale czuję przez skórę, że może to być zjadacz czasu, a tego nigdy nie zawiele.
Killzone 2
Wreszcie jest! W czwartek, ledwo się dobiłem do Playstation Store (non stop mnie rozłączało), ale nic dziwnego - wszak to był dzień, w którym pojawiła się najbardziej oczekiwana gra (tj. jej demo) ostatnich czasów. Dzień później, z drżeniem serca, odpaliłem demko.
Pierwsze zdziwko to to, że wersji językowych było kilkadziesiąt. Odpaliłem oczywiście naszą, rodzimą:
Powiem Wam, że wgniotło mnie w fotel. Nawet małżonka z zainteresowaniem śledziła akcję na ekranie, a mimo późnej pory, grałem przy pełnym ugłośnikowieniu 7.1, tyle, że niezbyt głośno. Tu nie siliłem się na analizę ("czy mi się podoba", "czy będę w nią grał") jak to miało miejsce w przypadku innych gier (Mirror's Edge, Valkyria Chronicles, Bioshock). Po prostu, długo nie mogłem znaleźć swej szczęki, która się potoczyła gdzieś po podłodze, a pod czaszką kołatała mi się jedna myśl: "mój ssssskarb! muszę ją mieć!". I tylko mogę sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądało w multiplayerze!
Po dość długim czasie, stwierdziłem, że koniec tego jarania się i odpaliłem Metal Gear Online. Tym razem, po raz pierwszy od długiego czasu, nastawiłem się na grę PvP (przeciw innym graczom). Żadne tam boty czy strzelanie do kukieł czy też przechodzenie Snake'm MGSa na big boss hardzie. Wybrałem w lobby pierwszą grę, gdzie ograniczenie poziomu było dopasowane do mojego poziomu doświadczenia (level ZERO :D). Team deathmatch, 16tu graczy, z poziomami max. 2. I poszło! Noob's luck - dwa zestrzelenia i przy okazji, blue team won (mój team!). A potem przekonałem się, że czerwoni też potrafią strzelać. I liczba moich zejść szybko przegoniła liczbę moich zestrzeleń. Pół godziny później stwierdziłem, że MGO wymiata, ale już mi się nie chce... To jest, w ten wieczór mi się nie chce. Bo pewnie do czasu zakupu KZ2, w MGO pogram z większą chęcią, niż w tryb sinlge player MGS.
Resident Evil 5
Kumpel sprzedał mi tekst, że demo RE5 "kopie dupę". Przez recenzje gry oraz oskarżenia o rasizm i swoją awersję do straszenia się grami (grę Siren: Blood Curse sobie podarowałem, bo za bardzo... nieprzyjemna w odbiorze, szczególnie, że grywam sam, późno w nocy) demo Residenta zaciągnąłem tylko z ciekawości graficznej.
OMG! Ja pierdolę, ale jatka. Akcja toczy się w środku dnia, w palącym słońcu. Tłumy czarnoskórych zombies powoli przedzierają się w kierunku pary bohaterów (gra się z taką lalą u boku). Po chwili walka na dystans, zmienia się w walkę wręcz i wręcz w zwarciu, z zapasami włącznie! Teksty "help me!" i wciskanie kółeczka, by pomóc koleżance pojawiają się co minutę, dwie. Twarze zombiech, którzy złapali nas, bohatera (!), rozdzierają jakieś macki, wstrętne wijące się języki czy inne twarzołapy. Brrr.... a surround sound dodaje swoje, że aż ciarki przechodzą. Jedynie shotgunem mogę coś zrobić, bo z pistoletu, to można przygrywać zombiakowi do tańca jedynie. Masakra. Już nie lubię tej gry.
Dead Space
Demko ściągnąłem drugi raz, bo zaczęło za mną chodzić przez cały czwartek i piątek. Mimo, że to straszny, straszny, straszny horror. Dlatego, po pierwszej próbie, parę tygodni wcześniej, trafiło do kosza. Nabity adrenaliną po RE5 odpaliłem martwą przestrzeń.
Cicho, spokojnie. Ciemno. Bohater wyświetla sobie hologramy bezpośrednio przed sobą, a sięganie do kieszeni czy oglądanie mapy jest w czasie rzeczywistym (inaczej niż to durne wstrzymywanie czasu przy podobnych czynnościach w Fallout 3). No i siu, lecim. Maszkary które wysypują się po otwarciu pierwszych drzwi ledwo nadążam ciąć plazmowym "nożem". OMG, to się rusza nawet po odcięciu większej połowy! Prawie popuściłem, gdy z jednego, takiego grubego maszkarona, po niefortunnym strzale w brzuch, wypadło stadko raźno podskakujących... glizd. Zaliczyłem kolejny, malowniczy zgon.
Ale... ten straszak kusi, tak jak kiedyś kusił Blood 2. Pamiętam, że właśnie maszkary, które po zabiciu jeszcze potrafiły zaatakować gracza (tj. coś co wyłaziło z ich zwłok to robiło), oraz generalnie, duży klimat zagrożenia, jakie człowieka ogarnia w nieznanym, ciemnym i strasznym miejscu, to było to! I zmaganie się sam na sam z niebezpieczeństwem i liczenie amunicji, której zawsze jest za mało. Zupełnie inaczej, niż masowy lincz, jaki funduje w każdej scenie Resident Evil.
Nie wiem, czy Dead Space i chęć pogrania w całą grę utrzyma mi się na dłużej. Ostatnio, cena jej spadła do oficjalnej 119 zł, i jest to pozytyw. I zupełnie nie wiem, czy za tydzień, dwa nadal będę chciał w to zagrać. Polecam motyw z ustalaniem sobie "poprzeczki" w postaci rozegrania całego dema, raz, dwa lub trzy razy. Wcześniej, Mirror's Edge też miała być tą super, wymarzoną grą, z niesamowitą grywalnością. Teraz jej cena spadła do 99 zł (!!!), a demka wciąż nie ukończyłem bo mi się nie chce. Valyria Chronicles spodobało mi się swoim spokojnym podejściem do taktyki. Gra utrzymuje dość wysoką cenę (179 zł) co trochę ostudziło zapał. I spowodowało refleksję, czy rzeczywiście, na dłuższą metę zachęci mnie do tego, by godzinę rozgrywać każdą misję? Po czasie - nie wydaje mi się. Fallout okazał się zjadaczem czasu. Od EvE Online wreszcie się uwolniłem i odkryłem, że czas jest i na inne przyjemności (wreszcie konsumuję te tony książek zalegające na półkach!).
Podsumowanie tygodnia
Savage Moon okazał się strategią w dechę. Za 29 zł mam 100% więcej przyjemności niż z pozostałych strategii razem wziętych. Pogram maksymalnie godzinę i mam dosyć, a wzrok błędny, adrenalina huczy w żyłach, i myślę o tym, że kiedyś pobiję swój rekord (tryb vengeance, księżyc agamemnon - 230k punktów) oraz dostanę się na Top 10 (ten sam tryb, max. 2.9 mil!!! punktów). A w piątek przez niecale 45 min robię dwie, żałosne próby. Z super obmyśloną taktyką. Za całe, żałosne 60k i 90k punktów, cholera... i łapię, się na tym, że przy porannej toalecie obmyślam, jak te wredne robale powstrzymać i przeskoczyć 230 tysięcy punktów...
Oto screen z Metal Gear Online. Gdybyśmy chcieli pomyśleć o graniu w ten sposób poza konsolą, tj. coś w rodzaju cosplay'a czy LARPa czy po prostu fajnej zabawy, należałoby się nastawić na ASG (Air Soft Gun). Oczywiście uczestnicy zabawy mogą nie mieć pojęcia o MGS/MGO, wszak żołnierz to żołnierz i liczy się tylko posłanie kulki 6mm w cel, odległy czasem nawet i o 80 metrów. Tak, jest jeszcze paintball, ale tam nie uzyska się takiego feelingu jak w prawie realnym rynsztunku, który można sobie wyszykować na ASG. A właśnie w ASG realizm liczy się najbardziej (zarówno w ubrniu, oporządzeniu czy samej broni, będącej niejednokrotnie repliką oryginału w skali 1:1 z uwzględnieniem wagi czy zachowań samej broni - jak np. "kopanie" pistoletu czy colowanie przez kolimator w karabinach).
Zrobiłem małe zestawienie, ile by mnie kosztowało wejście w ASG (z pominięciem kulek i innych kosztów zabawy - np. poświęcenie 12h na dojazd oraz samą zabawę).
Wpierw koszty za jednym ze sklepów do ASG, ceny w PLN:
Ładownice (zakładam używanie magazynków low-cap by zbliżyć się do realnych ilości amunicji w magazynku) - 60
Rękawiczki - 85
Hełm - 80
Podsumowując daje to 2502 PLN + jakieś 20% więcej (dla wersji pesymistycznej) daje 3 tysia... Ups! Cosplay wychodzi cokolwiek drogawy. Po zasięgnięciu opinii fachowca od ASG, koszty uda się zredukować do tysiaka z hakiem (bez pistoletu i kamizelki, karabinek tańszy, ciuchy wyszukane gdzie indziej).
I naszła mnie refleksja. W momencie, gdy trzeba wysupłać coś więcej niż na drogi w sumie karabinek/pistolet, zabawa traci swój urok, ale bez tego przebrania się przecież nie da. Pozostaje jeszcze kwestia regularności takiej zabawy - kiedy, gdzie, z kim i jak często - a wiem, że w przypadku paintballa było z tym różnie, aż wreszcie przestało się grać i zrezygnowałem z hobby.
Nie miałem wcześniej styczności z gatunkiem strategii Tower Defence. Recenzja gry Savage Moon oraz kilkanaście filmików z game playa spowodowało jednak, że się skusiłęm i zakupiłem tę gierkę na Playstation Store za jedyne 29 zł. Nie ma niestety dema do tej gry, ale nie żałuję.
O so chodzi?
Idea jest prosta. Jest sobie górniczy księżyc, który poza interesującymi nas minerałami, ma również mieszkańców - insektoidów. Mieszkańcy, tj. gigantyczne robale, robią wszystko by nam zaszkodzić, a my nie chcemy tracić okazji do zysków. I tu wchodzi gracz. Stawiamy wieże (z karabinami maszynowymi, moździerzami, laserami, p-lotkami) oraz budujemy (w wybranych miejscach) zapory. Do tego dochodzi rozwój technologii i priorytetyzacja zadań (nastawienie na produkcję, research, zadawanie większych uszkodzeń lub wyciąganie większej kasy). A obcy napływają falami, tak że są chwile spokoju by móc budować.
Całość, klimatem przypomina Starship Troopers, szczególnie scenę, gdzie fala obcych insektoidów atakowała bazę na pustyni (skąd żołnierze się ewakuowali VTOL'ami). Grafika - na poziomie EndWar'a, a audio - sączy nam się w uszy niepokojący ambient (fajnie wzmaga poczucie zagrożenia). Pad dualshock oczywiście drga nam w dłoniach w miarę pojawiających się eksplozji (p-lotki lub moździerze lub zniszczenia zapór).
Smaczek - dla mnie, to "mastering" czyli ogólno światowa tablica wyników. Przy każdym nicku, widnieje flaga państwowa, co dodatkowo zagrzewa do walki, by naszą flagę umieścić w pierwszej dziesiątce. Wyniki są podzielone na poszczególne poziomy (lokacje) oraz obejmują całą grę.
Gameplay - osobiście, wytrzymuję rozegranie jednego poziomu dziennie. Wytrzymuję, w sensie, wieczora, bo poziom zajmuje z jakieś 20-30 minut, a potem można robic coś innego :D bo nie samymi grami człowiek żyje!