Ale się pograło!

niedziela, lutego 08, 2009

W piątek zarzuciłem się demami z PSN - Killzone 2, Resident Evil 5, "stareńki" Dead Space oraz Bioshock. Zacznijmy od początku.
Bioshock
Nagły wybuch, katastrofa lotnicza i lądujemy w wodzie. Bohater zaczyna się topić, a wokół szaleje piekło płonącego paliwa. Jest nieźle! Tak zaczyna się Bioshock. Podobnie, jak w Another World przejmujemy kontrolę nad postacią, która właśnie się topi. Trzeba szybko wypłynąć na powierzchnię i gdzieś się udać. W oddali majaczy światło latarni morskiej, więc płynę tam. Okazuje się, że wewnątrz, jest zacumowany batyskaf, gustownie urządzony w klimatach kapitana Nemo. Czerwona tapicerka, okrągłe bulaje, mosiężne wykończenia. Uruchamiam urządzenie i zaczyna się zanurzanie. W między czasie odpala się projektor filmowy i wyświetlany jest film czarnobiały. Klimat a'la lata 50te-60te w USA. Hmm... znów "Fallout", cholera mnie bierze, bo mam dość stylistyki śmiesznych rysunków z tamtych lat ("komiksowe" triody, żarówki i takie tam pipboy'e).
Dalej, zaczyna być ciekawiej. Wielkie, podwodne miasto, w szczegółach, okazuje się muzeum rozpadu i rozkładu. I tu pewnie pojawia się rola gracza, by to wszystko rozwikłać. Poczucie tajemnicy, zagrożenia i niesamowicie wyglądające efekty wody (szczególnie w scenie pękających pod naporem wody szklanych ścian) powodują ciche: wow! W sytuacji, gdy bohater aplikuje sobie tajemniczą substancję i przez jego ręce przebiegają wyładowania elektryczne, pad dualshock wpada w istną furię - wibruje wściekle, jak wiertarka udarowa, aż ciężko cholerstwo utrzymać ;-)

Po pewnym czasie, przychodzi refleksja, że gra ta jest bardzo podobna do gry Blood, pod względem klimatu (chodzi mi o tę pierwszą część). Narazie, spycham chęć w nią pogrania na plan dalszy. Niech poczeka, niech się wyleży, niech wreszcie stanieje. Jak zatęsknię (i ukończę) Fallouta 3, i dalej będę łaknął podobnych klimatów, nastanie czas Bioshock. Ale czuję przez skórę, że może to być zjadacz czasu, a tego nigdy nie zawiele.
Killzone 2
Wreszcie jest! W czwartek, ledwo się dobiłem do Playstation Store (non stop mnie rozłączało), ale nic dziwnego - wszak to był dzień, w którym pojawiła się najbardziej oczekiwana gra (tj. jej demo) ostatnich czasów. Dzień później, z drżeniem serca, odpaliłem demko. 
Pierwsze zdziwko to to, że wersji językowych było kilkadziesiąt. Odpaliłem oczywiście naszą, rodzimą:
Powiem Wam, że wgniotło mnie w fotel. Nawet małżonka z zainteresowaniem śledziła akcję na ekranie, a mimo późnej pory, grałem przy pełnym ugłośnikowieniu 7.1, tyle, że niezbyt głośno. Tu nie siliłem się na analizę ("czy mi się podoba", "czy będę w nią grał") jak to miało miejsce w przypadku innych gier (Mirror's Edge, Valkyria Chronicles, Bioshock). Po prostu, długo nie mogłem znaleźć swej szczęki, która się potoczyła gdzieś po podłodze, a pod czaszką kołatała mi się jedna myśl: "mój ssssskarb! muszę ją mieć!". I tylko mogę sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądało w multiplayerze!
Po dość długim czasie, stwierdziłem, że koniec tego jarania się i odpaliłem Metal Gear Online. Tym razem, po raz pierwszy od długiego czasu, nastawiłem się na grę PvP (przeciw innym graczom). Żadne tam boty czy strzelanie do kukieł czy też przechodzenie Snake'm MGSa na big boss hardzie. Wybrałem w lobby pierwszą grę, gdzie ograniczenie poziomu było dopasowane do mojego poziomu doświadczenia (level ZERO :D). Team deathmatch, 16tu graczy, z poziomami max. 2. I poszło! Noob's luck - dwa zestrzelenia i przy okazji, blue team won (mój team!). A potem przekonałem się, że czerwoni też potrafią strzelać. I liczba moich zejść szybko przegoniła liczbę moich zestrzeleń. Pół godziny później stwierdziłem, że MGO wymiata, ale już mi się nie chce... To jest, w ten wieczór mi się nie chce. Bo pewnie do czasu zakupu KZ2, w MGO pogram z większą chęcią, niż w tryb sinlge player MGS.
Resident Evil 5
Kumpel sprzedał mi tekst, że demo RE5 "kopie dupę". Przez recenzje gry oraz oskarżenia o rasizm i swoją awersję do straszenia się grami (grę Siren: Blood Curse sobie podarowałem, bo za bardzo... nieprzyjemna w odbiorze, szczególnie, że grywam sam, późno w nocy) demo Residenta zaciągnąłem tylko z ciekawości graficznej. 
OMG! Ja pierdolę, ale jatka. Akcja toczy się w środku dnia, w palącym słońcu. Tłumy czarnoskórych zombies powoli przedzierają się w kierunku pary bohaterów (gra się z taką lalą u boku). Po chwili walka na dystans, zmienia się w walkę wręcz i wręcz w zwarciu, z zapasami włącznie! Teksty "help me!" i wciskanie kółeczka, by pomóc koleżance pojawiają się co minutę, dwie. Twarze zombiech, którzy złapali nas, bohatera (!), rozdzierają jakieś macki, wstrętne wijące się języki czy inne twarzołapy. Brrr.... a surround sound dodaje swoje, że aż ciarki przechodzą.  Jedynie shotgunem mogę coś zrobić, bo z pistoletu, to można przygrywać zombiakowi do tańca jedynie. Masakra. Już nie lubię tej gry.
Dead Space
Demko ściągnąłem drugi raz, bo zaczęło za mną chodzić przez cały czwartek i piątek. Mimo, że to straszny, straszny, straszny horror. Dlatego, po pierwszej próbie, parę tygodni wcześniej, trafiło do kosza. Nabity adrenaliną po RE5 odpaliłem martwą przestrzeń.
Cicho, spokojnie. Ciemno. Bohater wyświetla sobie hologramy bezpośrednio przed sobą, a sięganie do kieszeni czy oglądanie mapy jest w czasie rzeczywistym (inaczej niż to durne wstrzymywanie czasu przy podobnych czynnościach w Fallout 3). No i siu, lecim. Maszkary które wysypują się po otwarciu pierwszych drzwi ledwo nadążam ciąć plazmowym "nożem". OMG, to się rusza nawet po odcięciu większej połowy! Prawie popuściłem, gdy z jednego, takiego grubego maszkarona, po niefortunnym strzale w brzuch, wypadło stadko raźno podskakujących... glizd. Zaliczyłem kolejny, malowniczy zgon.
Ale... ten straszak kusi, tak jak kiedyś kusił Blood 2. Pamiętam, że właśnie maszkary, które po zabiciu jeszcze potrafiły zaatakować gracza (tj. coś co wyłaziło z ich zwłok to robiło), oraz generalnie, duży klimat zagrożenia, jakie człowieka ogarnia w nieznanym, ciemnym i strasznym miejscu, to było to! I zmaganie się sam na sam z niebezpieczeństwem i liczenie amunicji, której zawsze jest za mało. Zupełnie inaczej, niż masowy lincz, jaki funduje w każdej scenie Resident Evil. 
Nie wiem, czy Dead Space i chęć pogrania w całą grę utrzyma mi się na dłużej. Ostatnio, cena jej spadła do oficjalnej 119 zł, i jest to pozytyw. I zupełnie nie wiem, czy za tydzień, dwa nadal będę chciał w to zagrać. Polecam motyw z ustalaniem sobie "poprzeczki" w postaci rozegrania całego dema, raz, dwa lub trzy razy. Wcześniej, Mirror's Edge też miała być tą super, wymarzoną grą, z niesamowitą grywalnością. Teraz jej cena spadła do 99 zł (!!!), a demka wciąż nie ukończyłem bo mi się nie chce. Valyria Chronicles spodobało mi się swoim spokojnym podejściem do taktyki. Gra utrzymuje dość wysoką cenę (179 zł) co trochę ostudziło zapał. I spowodowało refleksję, czy rzeczywiście, na dłuższą metę zachęci mnie do tego, by godzinę rozgrywać każdą misję? Po czasie - nie wydaje mi się. Fallout okazał się zjadaczem czasu. Od EvE Online wreszcie się uwolniłem i odkryłem, że czas jest i na inne przyjemności (wreszcie konsumuję te tony książek zalegające na półkach!). 
Podsumowanie tygodnia
Savage Moon okazał się strategią w dechę. Za 29 zł mam 100% więcej przyjemności niż z pozostałych strategii razem wziętych. Pogram maksymalnie godzinę i mam dosyć, a wzrok błędny, adrenalina huczy w żyłach, i myślę o tym, że kiedyś pobiję swój rekord (tryb vengeance, księżyc agamemnon - 230k punktów) oraz dostanę się na Top 10 (ten sam tryb, max. 2.9 mil!!! punktów). A w piątek przez niecale 45 min robię dwie, żałosne próby. Z super obmyśloną taktyką. Za całe, żałosne 60k i 90k punktów, cholera... i łapię, się na tym, że przy porannej toalecie obmyślam, jak te wredne robale powstrzymać i przeskoczyć 230 tysięcy punktów...

Mogą Cię zainteresować...

2 komentarze

  1. Witam,

    Poszukujemy chętnych do pisania na www.eGames.pl - jeśli byłby Pan chętny to zapraszam do kontaktu, najlepiej na GG: 4635840

    OdpowiedzUsuń