50h... 120h... 180h grania?!?

poniedziałek, lutego 16, 2009

Kiedyś to były gry... Na taką dyskusję natrafiłem wczoraj na necie. A przy okazji, mogłem zweryfikować doświadczenie, któremu poddałem się w ubiegłym tygodniu. Otóż, zarzuciłem sobie urlop "tacierzyński" i spędzałem dzień po dniu z Maksem. Żona zyskała trochę oddechu i rzuciła się w wir pracy, tak, że mieliśmy chatę wolną. Nie... nie spędzaliśmy całego dnia przed konsolą :-), raczej... połowę. Mały tak ostro wymiatał w Little Big Planet, że... kiedyś o tym napiszę. A drugą połowę dnia spędzaliśmy w "fikolandzie" (komercyjny plac zabaw dla dzieci/kawiarnia dla rodziców). A mając dość czytania tam mangi, polazłem tam z laptopem, uzbrojony w... Arcanum - Przypowieść o Maszynie i Magyi.

I koszmar powrócił.
Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, Arcanum jest grą tak świetną i wciągającą, że mimo jej starości (2001) oraz wielokrotnego grania, wciągnęła mnie znów. Wykorzystałem ten tydzień haniebnie. Bez umiaru, do pierwszej, drugiej w nocy, przy śniadaniu i kolacji, w Fikolandzie, i pod pozorem przerw w Little Big Planet. Tylko Arcanum. A moja połowica pochłonięta była pożeraniem mang i podsypianiem na kanapie - stąd udało mi się... zatruć. Zatruć Arcanum. Stąd - koszmar powrócił.
Nie cierpię tego stanu. A on pojawia się tylko przy grach, które są tzw. timesink. Czyli po naszemu pożeraczami czasu. Jak langoliery. AFAIK, Arcanum było oceniane na 120 do 180 godzin gry. Co przekłada się na x razy więcej, bo często człek się gubi, błądzi, ginie i zaczyna daną akcję od nowa. Fallout 3 ma akcję ocenianą na 50 do 80 h. Hardcore'owcy (nolife?) mówią, że F3 jest za krótki. Dobre sobie. Mnie znudził (tj. zbrzydził się) po osiągnięciu całych 2%, a grałem w niego tak z ręką na sercu 6 tygodni. Może jestem leszczem, a może łażę bez celu po pustkowiach i zlewam questy? (w EvE często olewałem misje, ale tam timesinkiem było co innego). A wracając do boskiego, super nieliniowego i wkurwiającego Arcanum. Przy tak gęstym graniu jakie miało miejsce przez ostatnie 7 dni, bez zmieniania postaci, przy reloadach jedynie w przypadku śmierci bohaterki (lubię grać babkami) udało mi się osiągnąć... 13ty lub 14ty poziom. Na 120 możliwych. Stąd widzę, że 120-180 h to czas dla kogoś, kto zna gierkę na wylot i nie ginie :D A potem pojawia się zatrucie grą i ma się jej po prostu dosyć (z napadami "głodu" na grę też, ale to tylko obiaw, że już dłużej się nie da...)
Wyjście.
Początkowo, informacje, że do ukończenia jakiejś gry potrzeba 9h (Mirror's Edge) czy 10h (Resistance) ma się wrażenie, że traci się w ten sposób pieniądze. Nic bardziej mylnego. Stosując wyznacznik x na określenie prób grania i pokonania własnych niepowodzeń, okazuje się, że gra na ekranie gościć będzie dużo dłużej - kilka dni, a nawet tygodni. Aż zacznie się nudzić. Lub wystąpi zatrucie. Życie to weryfikuje.
Arcanum jest fajną grą, jeśli ją dawkować. W życiu jej jeszcze nie skończyłem, choć dwa razy byłem ku temu blisko. Teraz, plan jest taki, by zostawić ją na laptopie na czas delegacji lub weekendowych nocy na wsi. Oznacza to, że w przeciągu roku, jest szansa, że ją skończę.
A dziś.
Ktoś może pomyśleć - po co się męczyć z takim starociem? Otóż... Arcanum jest jak książka. Taki też był Fallout. 1 i 2. Podobno, Baldurs Gate też. Icewind Dale, na silniku BG, średnio mi się podobał, bo po tym, jak odcięło od gracza początkową lokację, oraz po tym, że nie można było pójść gdziekolwiek, uznałem ją za "liniową". W stosunku do Arcanum i Falloutów.
W obecnych czasach... wróć. W 2006tym, zachwycając się ROSE Online, World Of Warcraft i innymi onlineówkami chodzonymi, stwierdziliśmy z kumplem, że czas gier samotnych się skończył. Online to gigantyczna sandbox (free roaming jak ktoś woli), która dostępna była właśnie w Falloutach i Arcanum. To twierdzenie tylko z początku miało rację bytu. cRPGi bronią się bardzo skomplikowaną fabułą, piętrowymi dialogami i multum misji, gdzie "levelowanie" praktycznie nie istnieje (bo najwięcej doświadczenia dostaje się za questa nie za zabijanie). A w online - farmienie czy to złota czy postaci jest na porządku dziennym.
RPG nowej ery, z którego Fallout 3 jest tym co znam, ma inny problem. W rzucie izometrycznym, nawet przy ciemnych barwach, nie jest tak ponuro. Widzi się całą lokalizację, przedmioty, postacie, dużo wcześniej, niż własna postać je dostrzeże. Stąd, decyzje "co robić" podejmuje się znacznie szybciej. W rpg FPP, niestety, zjawisko to nie występuje. Bo takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy. W F3 często dostawało się rakietę w plecy, bo występował efekt zaskoczenia. Przeszukanie sklepu - to mordęga. W Arcanum, widać kupkę rzeczy lub skrzynie. Podświetla się, można podejść i wziąść. W F3 tego nie ma. Trzeba leźć samemu, dotknąć, zobaczyć. Ludzie narzekają, że F3 to kicha w porównaniu do F2. A mi się nie podoba z innego powodu. Za mroczny. Za brutalny. A to po prostu inny typ gry. Free roaming na modłę online. Gdzie zamiast statystyk postaci, zaczyna się liczyć "manual" i zorientowanie samego gracza. Czy F3 to dobry RPG? TAAAK! Bo w nim następuje najpełniejsze odgrywanie roli postaci. To co odczuwamy, patrząc na syf w jakim postaci przyszło się poruszać, to prawdziwe jej odczucie. Czegoś takiego nie doświadczamy w cukierkowej grafice z rzutem izometrycznym.
Długo... nie, postoję.
Stąd, nawet te 50-80 godzin F3 wydaje się długie. Dla mnie za długie. Nie wyobrażam sobie remake Arcanum na silniku 3D. Ale już coś podobnego (Bioshock), które jest rpgiem ograniczonym do jednej lokacji (miasta), sprawdzi się znakomicie. Na silniku Arcanum, Bioshock zająłby z 1 może 2 godziny gry. Sama zawartość dema tej gry wciąga już na dobre kilkadziesiąt minut. A to tylko przejście kilku lokacji.
I to jest ta zmiana jakościowa, która dzieje się na oczach wielu (rozczarowanych?) graczy. Gdy, z wypiekami na twarzy grało się w Eye of the Beholder, paręnaście nocy, to nikt nie zauważał, że tak naprawdę, było to jedynie dwanaście poziomów jednego labiryntu. Labirynty w Arcanum są dużo mniej skomplikowane, a czas się tam wlecze i wlecze. Gdybym coś takiego miał przechodzić w Falloucie 3, umarłbym z nudów. Bo obecnie, akcja, nie lokacja, jest wyznacznikiem funu. A jeśli ona ma miejsce w różnych lokacjach - wtedy sukces jest pełny.
Podsumowuję.
Przeliczmy. Na luzie, gram 6h tygodniowo. Czyli F3 zajmie mi w najlepszym przypadku 14 tygodni. O Arcanum już wiecie - plan roczny, choć przy graniu weekendowo-wyjazdowym, nawet to może się nie zrealizować. A człowiek łaknie nowości. Nie licząc EvE i Arcanum, chcę skupić się tylko na konsoli. I tylko grach w jakie chcę grać sam, bez Maksa. W tej chwili, na półce mam swoich gier raptem.. pięć (Resistance: Fall Of Man, Fallout 3, Savage Moon, Metal Gear Solid 4  i nowiuśkie Dead Space). Okazjonalnie dojdą te, w które czasem zagram z synkiem (Motorstorm, Burnout Paradise, Colin McRae Dirt). Resistance - grałem z 2 tygodnie i przerwałem. O MGS i podejściach doń wiecie już sporo. F3 - 2% trofeów. Savage Moon - odblokowane tylko 3 księżyce z 12tu, ale największy fun idzie z masterowania wyniku w... pierwszym. Dead Space jest dla mnie nowe, Bioshock kusi, może powróci Mirror's Edge i chęć jej kupienia, a Killzoneowi pozwolę ochłonąć, stanieć i dopiero wtedy wpadnie. GTA IV też kusi...
A życie przecież składa się i z innych przyjemności i innych wypełnień wolnego czasu.
Pożeraczy czasu wystrzegać się będziesz.

Mogą Cię zainteresować...

2 komentarze

  1. poprawka - Mirror's Edge to jakieś 6h grania, co nie zmienia faktu że i taka warto!!! to nie zagłębianie się w świat i niuansy fabuły, to czysta akcja, natomiast zajebiście intensywna. jest niedosyt. ale jak na tak zrobioną grę nie mam zastrzeżeń. jak komuś mało to pozostają speedruny (darowałem sobie), a potem grę można podmienić albo popchnąć na allegro. ja swoją za fable 2 wymieniłem szybko i w efekcie zakupu nie żałuję ani trochę.

    gra zajebiście innowacyjna, ale nierówna, średnio zbalansowana. ale i tak kapitalna. i trzeba w nią zagrać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wciąż mi się planuje zakup Mirror's Edge. Tj, raz się chce a raz nie. Zobaczymy. Teraz cena spadła do całych 99 zł, więc pewnie łyknę, ale na pewno nie teraz (Dead Space now, a potem Killzone 2)..

    Eh... doba ze 28h chociaż by się przydała i 6-cio godzinny, 4 dniowy tydzień pracy...

    OdpowiedzUsuń