piątek, 30 stycznia 2009

Męka wyboru

Tom Clancy's End War.

Nakręciłem się na strategię RTS Tom Clancy's End War strasznie. Szczególnie nową jakością jaką ta gra wprowadza, czyli, sterowanie głosem. Kupiłem książkę "EndWar" (i przy okazji jeszcze jakąś inną Clancy'ego - obie niezłe i trzymające w napięciu). Ściągnąłem demo. Uruchomiłem swojego bluetoothowego headseta, którego na codzień używam w czasie jazdy samochodem, i peestrójka na szczęście go polubiła. Gra już trochę gorzej. Okazało się, że mikrofon w swej naturalnej pozycji (tj. na uchu) nie spełnia wymogów stawianych przez grę (za cicho, a przecież wrzeszczeć po nocy nie będę!). Ratunkiem było przysunięcie mikrofonu tak z 2 cm od ust (potwierdzam tu spostrzeżenia poczynione przez autora recenzji End War w PSXExtreme. Dopiero po tym zabiegu, gra zaczęła mnie rozumieć (musiałem trzymać headseta ręką, w drugiej dzierżyłem pada. MEGAniewygodnie).

I zaczęły się męczarnie. Rozpocząłem misję w trybie skirmish (potyczka). Z początku szło ok (trza mówić wolno, ze zbyt długimi przerwami między wyrazami - wszak to AI, a nie english-speakers na ventrilo w EvE-Online!). Gdy walka się rozkręcała, lekkie emocje w głosie powodowały reakcję typu "I don't understand, sir!". Ręce (a właściwie - szczęka) mi opadły, gdy nie mogłem wybrać drugiej jednostki (tj. słowa typu "unit", "camera", "hostile" były rozumiane, a zwykły numer 2 ("two") już nie. Żona polewała ostro, gdy za czwartym razem powtarzając "two", wymsknęło mi się "two, kurwa, two!". Wreszcie zrezygnowany, strzeliłem tym headsetem w kąt i za pomocą pada skończyłem rozgrywkę.

I jeszcze filmik (nie mój), ale z misji w którą grałem:

Nie powiem, wizualnie miażdży. Ogląda sie toto jak film jakiś. A trudno nie jest. Mimo, utraty jednostek, po jakimś czasie dostajemy wsparcie. Samo sterowanie skupia się na obserwowaniu (słuchaniu o) statusu poszczególnych jednostek i wybieraniu dla nich celów. Ani razu nie przegrałem. Pod tym względem, giera mnie rozczarowała. Drugie rozczarowanie - to dziwna mapa Europy, która przewija się w demie, gdy powstają Stany Zjednoczone Europy (tu miły akcent, bo wśród kilku flag państw europejskich, dumnie powiewa i nasza!). A dziwna mapa to jakaś hybryda map z przed i po drugiej wojnie światowej (tj. polskie zachodnie granice są z czasów III Rzeszy, natomiast wschodnie - dla odmiany - obecne, z Ukrainą, Litwą i Białorusią, tam gdzie powinny być. WTF?!?

Valkyria Chronicles.

Tę grę wyczaiłem już w recenzji - świat a'la Arcanum (technologia oraz magia), gra utrzymana w konwencji anime (ze świetną grafiką 3D), a pod względem artystycznym - wygląda jak malowana akwarelą. Od strony grywalnej - jest to strategia turowa (w trakcie gry, zasady okazały się bardzo podobne do.... bitewniaka (skirmish) Infinity, co mi się bardzo spodobało). Od strony historii - rewelacja. Historia w świecie alternatywnym (nawet linia brzegowa jest inna), gdzie w Europie, w 1935 roku, wybucha wielka wojna, między wschodnim imperium, a zachodnimi demokracjami. Są i czołgi i "lance", które pełnią rolę anty-czołgowych rakiet. Są karabiny automatyczne i snajperskie. Są odjechane mundury i zbroje bojowe, wyglądające jak zbroje średniowieczne. Czołgi napędzane są jakąś energią (tam gdzie powinien być silnik i jest jakiś świecący na niebiesko generator).

Pograłem w dwie misje - podobnie jak w Infinity, tu też występują punkty akcji dla dowódcy, które generowane są ilością dostępnych żołnierzy (oddziały od 3 do kilkunastu ludków + czołg). Każda z postać ma swoje charakterystyki, a także punkty akcji, które możemy poświęcić na akcje bezpośrednie lub zachować zapas na akcje będące odpowiedzią, na działania wroga w czasie jego tury (podobnie jak opportunity fireInfinity). Z początku wydawało mi się to mało zachęcające - za wolne, jak na grę (tu RTS zdecydowanie gra szybciej), ale po pewnym czasie odkryłem, jaką przyjemność sprawia gra czysto taktyczna. Normalnie, symulacja bitewniaka figurkowego!

Tu i trochę intra do gry, a trochę gameplay'u (fajne są w czasie gry strzały, z podpisami "ratta tatta"):

Command and Conquer Red Alert 3.

A to narazie znam z recenzji i zapowiedzi. Pociągająco zapowiadają się filmiki w grze:

I historia, która za tym stoi. No i kolorowe (bo jednostajnie zielone kolory z EndWar mnie nie jarają) pole bitwy.

Podsumowanie.

I tu mam problem. Bo wiem, że czas i kasę poświęcić mogę na jedną z nich (narazie). Valkyria ma największe szanse, aczkolwiek, demo Red Alert może tu ostro namieszać.

Ot, problem sobie znalazłem!

sobota, 24 stycznia 2009

Starych legend czar

Gdy browsowałem w czwartek po Playstation Store, wzrok mój przykuł tytuł Syndicate Wars. Po bliższym przyjrzeniu się odkryłem, że była to druga część niesamowitego Syndicate firmy Bullfrog, gry w którą zagrywałem się na Amidze, oraz PSXowa wersja drugiej części, w którą trochę pogrywałem na PCta.

I wspomnienia uderzyły jak huragan. Pomyślałem sobie, jak niesamowity klimat tworzyła gra Syndicate. Potem, zastanowiłem się, jakie gry, w czasach mej gierczanej przyszłości grałem i jakie zapamiętałem, właśnie ze względu na magię, klimat czy magnes, który przyciągał mnie by grać. Zobaczmy...

Atari 800xl

Feud, to gra o alchemikach. Niesamowita jak na tamte czasy grafika, fabuła oraz duży i skomplikowany świat. Zbierało się różne zioła, które wrzucało się do kociołka i warzyło się czary. A to wszystko poto, by pokonać swojego konkurenta, drugiego alchemika, który rościł sobie prawo do okolicy, w której mieszkaliśmy. Oczywiście, nie było łatwo. Czarnoksiężnik wysyłał ku nam golemy czy inne stwory, by nas pognębić i przeszkodzić w alchemicznym dziele. Miód! I pamiętam, jak trzęśliśmy się z bratem, gdy po 28 minutach, ładowanie gry dobiegało końca. Praktycznie, wszystko na bezdechu i chodzenie na palcach po pokoju, by magnetofon Atari nie popełnił błędu. I by gra się wczytała!

Amiga 500

Tu, rządziły rpgi. Dungeon Master, niesamowita seria Eye of the Beholder, której wszystkie trzy części grałem z uporem maniaka wiele razy, wreszcie seria ze świata Forgotten Realms, z której ostatnia część, Pools of Darkness wciągnęła mnie ogromem świata, możliwościami taktycznymi, wreszcie zawiłą i skomplikowaną fabułą, wielowątkowością i pobocznymi questami. Jednym ze smaczków, był... zamtuz, w którym strudzeni bohateriowie mogli podreperować swe morale. No i wreszcie seria Ishar. Francuski twór firmy Silmarils, który przenosił gracza z dusznych podziemii na otwarty świat. Od łąk, poprzez miasta, aż do okrytych śniegiem gór czy podróż o tysiące lat w przeszłość! I piękna, jak na tamte czasy grafika. Przez chwilę też, zachwycałem się niesamowitym graficznie Blade of Destiny, gry rpg z wielkim otwartym światem, skomplikowanym systemem umiejętności i współczynników i świetną fabułą. Niestety, ze wględu na parę bugów, giery nie ukończyłem, ale wiele tygodni była u mnie na topie.  

Jednak nie fantasy było grą, która zmiarzdżyła mnie swoim klimatem, rozmachem, grafiką, fabułą i smaczkami (lub okropieństwami) ukrytymi w różnych lokacjach. Książki w bibliotece, mnóstwo przedmiotów, faces of death, tajemnicze morderstwa i zagadki. Wreszcie stwory czające się ciemnościach i ciągłe uczucie strachu. To była domena niesamowitej gry, jaką była Elvira II - the Jaws of Cerberus. Poniżej, gameplay z tej gry (polecam pierwsze 5 minut by odświeżyć sobie wspomnienia! Polecam też okolice 8 minut 10ciu sekund no... 3 godziny i 13tej minuty):

Wreszcie dochodzimy do klimatów science fiction. A konkretnie - cyberpunk. To były dwie gry. Wspomniany na wstępie Syndicate. Oraz Hired Guns. W obu, sterowało się oddziałem 4 agentów, mających do wykonania zadanie. Syndicate to gra w którym lądowaliśmy w tętniącym życiem mieście, pełnym uliczek, domów, centrów handlowych i estakad mieście. Celem było zniszczenie czegoś lub kogoś, a dźwięku miniguna i animacji, jak nasze figurki odsłaniają długie płaszcze i dobywają broni, nie zapomnę chyba nigdy. A początek gry, intro, było dziełem sztuki samym w sobie:

Hired Guns było inne. Ekran podzielony na cztery części, w każdej widok a'la Dungeon Master czy Elivra (czyli widok statycznego 3D). Niesamowita muzyka i grafika oraz świat - brutalny, który musieliśmy zdobywać spluwą i granatem, obfitował w dużo akcji. Adrenalina się podnosiła w miarę gdy wkraczało się do kolejnej bazy czy podziemii. Cechą szczególną było to, że gra nie odbywała się w jednej płaszczyźnie. Częstokroć można było wpaść do dziury w ziemi i odkryć, że właśnie wpadło się do głębokiego kanału wypełnionego wodą, a w oddali majaczy rekin. Albo wspiąć się na jakiś pomost i z niego atakować stwory, które właśnie mają na nas ochotę. Miodne były pułapki, automatyczne działka czy pola minowe. Duży wybór różnych postaci oraz lokacji sprawiało, że HG miało coś, co wzbudzało niepokój, coś co kazało grać ;-). Były inne gry, podobne trochę, czasem i o lepszej grafice (np. Perihelion), ale właśnie gunsów wspominam najmilej. Poniżej, fragment gry:

Oczywiście, nie mogę nie wspomnieć o Ufo Enemy Unknown. Ale, to już nowy rozdział gier. Grałem w nią i na Amidze i na PC. Ta strategia-taktyka, w której, kierowaliśmy agencją do badań i walki z UFO, wymagała od nas zarządzania bazami, polowaniami na spodki latające, rozwojem technologii i wreszcie wysyłaniem swoich ludzi w miejsca aktywności bądź lądowań (katastrofy) ufo. Wtedy, zmieniał się charakter gry i mieliśmy do czynienia z taktyczną turówką. To gra przy której spędziłem wiele, wiele godzin. Jej druga część X-Com Terror from the Deep okazała się równie świetna jak poprzedniczka, lecz utraciła w moich oczach trochę z pierwotnego klimatu. Bo jakaś podmorska paskuda nijak się miała do szaraka, uzbrojonego w plasma gun, który właśnie wychodził z ufo, które wylądowało na farmie. 

PC

Era peceta, była dla mnie zachłyśnięciem się grami na engine Duke Nukem 3D. Oczywiście, grałem i w to i w Quake i inne gierki 3D, ale nic mnie nie wciągnęło tak bardzo jak Blood. Pamiętam, że razem z bracholem graliśmy w Blooda na dwa pecety, połączone przez kabel RS232. W trybie kooperacji, w najwyższym poziomie trudności, przeszliśmy całą grę, aż do poziomów bonusowych. Pamiętam, jakie wrażenie na nas wywarł poziom In the flesh. Ruchome, krwawiące ściany, dziwne stwory i odgłosy... tak, zgodnie z tytułem byliśmy gdzieś, w jakimś gigantycznym ciele. Pamiętam, że był to jeden z ostatnich poziomów, do jakiego dotarliśmy. Przestaliśmy grać, gdy pixelowate tekstury gry zaczęły nam się śnić po nocach ;-). Blood 2 już nie był taki klimatyczny. Akcja osadzona w przyszłości vs lata 20te XX wieku z części pierwszej, brak kultystów i klimatu "dekadenckiej magii" (który przypominał nam Elvirę) - to już nie było to.

Oczywiście potem były i startegie (Age of Empires, Civilization III, Warcraft, Starcraft, BattleIsle) oraz rpgi (Dark Sun, Fallout) czy mix obu gatunków - Heroes Of Might and Magic III, ale największe wrażenie na mnie, wywarła gra, twórców Fallouta - Arcanum: Przypowieść o Maszynie i Magyi. Tak rozległego i złożonego oraz wolnego świata nie miała żadna z gier w jaką grałem (nawet Fallout 2). Gra, poprzez osadzenie świata w steampunku, łączyła to co lubię najbardziej -dekadencki klimacik w niesamowitym otoczeniu. Orki napadające na pociąg, w którym magowie, jadą w specjalnie izolowanym wagonie! Damulka, ubrana w suknię z karabinem snajperskim własnego pomysłu i uzbrojona okulary, wykonane przez krasnoludzkiego mistrza z Tarantu, stolicy świata. Codzienna gazeta. Zacofane królestwo, dziwne, wiszące na drzewach miasta elfów i nawiedzone o północy przez duchy gościńce. Wrak pirackiego statku, na którym zalęgły się zombie i maszyna bojowa krasnoludów, do której należy zdobyć paliwo. Wreszcie, jednym z ciekawszych doświadczeń, było muzeum historii naturalnej w Tarancie, gdzie jednym z eksponatów była dwugłowa krowa oraz sejf, ktorego nikt nie mógł otworzyć. Smaczkiem był fakt, że sejf zawierał notatkę o dacie swej produkcji AD2241 (albo coś koło tego), a wg naukowców ze świata Arcanum - był starszy, niż najstarsze rękodzieła krasnoludów! Piękne nawiązanie do Fallouta w tej grze, eh! (podobnie zresztą jak easter eggi w Falloucie) Dobrze, że można gierkę jeszcze zdobyć, bo właśnie się na nią napaliłem :D Ba, mapę do świata Arcanum mam wciąż w katalogu głównym My Documents! Jakże smutnym na tym tle jest najnowszy Fallout, w którego narazie wogóle nie chce mi się grać.

Podsumowanie

Zastanawiam się, na ile takie uczucia, za parę lat, wywoływać będą gry w które grałem przez ostatnie parę lat? Sequele heroesów (IV i V), Settlersów (IV, V), Cywilizacji (IV) nie były już tym, czego doświadczało się kiedyś. Baldurs Gate wogóle mnie nie ruszyło. Podobnież kontynuacje queja, survival horrory (w nawiązaniu do Blooda) też nie poruszają (raczej wprost przeciwnie, swą dosłownością powodują u mnie obrzydzenie). A ostatnie parę lat, poza paroma tygodniami w singla - STALKER, to były gry online. ROSE Online, Rappelz, Voyage Century, Tales of the Pirates, wreszcie Eve-Online oraz mały skok w bok na multiplayera Call of Duty 2 utwierdziły mnie, że bez online'a ani rusz. Że wartość tkwi w community, we wspólnych akcjach. Że misje, dla samotnych graczy, to nie jest to, czego oczekuję od obecnych gier (dlatego dłuuuugo w EvE omijałem misje).

Lecz oto, historia zatacza koło. Mimo nastawienia się na multiplaya w MGS czy Killzone 2, lubię poznawać ten nowy, omijany dotychczas świat. Świat pełen intrygujących historii, ciekawostek i tajemnic, które można odkryć. Stąd, ciekaw jestem historii Snake'a jaką można odkryć grając w singla MGS. I im bardziej poznaję świat konsol, tym bardziej rodzi się ciekawość (co się stało w Folklore? Jak zakończy się Heavenly Sword?). Bo wszystkie one takie kolorowe i ładne ;-) A tak na poważnie, chyba podziękuję CCP za zmiany w kliencie do EvE'a. Zrodziło się we mnie mocne poczucie, że rozstaję się ze światem "zorganizowanych" onlineówek, na rzecz intymnego poznawania historii i światów opowiedzianych w grach obecnej ery, powoli, we własnym tempie, kiedy i jak chcę...

Niech żyje wolność!

środa, 21 stycznia 2009

The Agency - MMORPG na PS3!

"Nie to nie!" Tak powiem CCP w odniesieniu do braku klienta Eve na konsolę. Cóż, kanapowe granie jest tak wygodne, że PC stanie się jedynie narzędziem do jakiejśtam obróbki domowych taśm i dvdków wideo. 

Na szczęście, Soniacze poszli do rozum po głowy i wypuścić chcą skradankowe MMO. I to RPG! Mniam, mniam... Wiem, że to stary 'news', ale dla mnie nowość i objawienie. Zopisu wynika, że poza PvE będzie mocno rozbudowane PvP i samo community w grze: tworzenie się korporacji, tfu... to jest agencji, zadania z agencji kierowanych dla ludzi dla innych agencji i wolnych strzelców, wolny rynek oraz "stan posiadania". W grze wystąpią dwie główne strony United oraz najemnicy ParaGON. Same agencje pracujące dla którejś ze stron, będą mogły łączyć swe siły w konsorcjach. A to wszystko ładnie brzmi (i przypomina budowanie powiązań między graczami w EvE) i jeszcze ładniej ma wyglądać, patrzcie:

Całość wygląda mocno cyberpunkowo (2020!) i będzie cross-platformowa (PC, PS3). Oczywiście, nie marzę nawet o jednym serwerze, jednym świecie i mega wolności jaka jest w EvE. IMHO będzie to raczej coś a'la Guild Wars, World of Warcraft lub inny chodzony MMO, tym bardziej, że sama gra jest z gatunku action shooter . Aczkolwiek inne akcje niż walka, również zostaną przewidziane (ciekawe jakie? Fotoshooting? Zielarstwo?). Pożywiom uwidiem.

Violet vs Snake

Violet
Czy lubię teatr? Czekaj... tak! Lubię home theater :)

Wczoraj zapodaliśmy drugi film w high definition. Ultraviolet na blue-ray'u. OMGHFC! Dżiiiiizaaaas! 1080p rządzi. Widać dużo, szczególnie tam, gdzie wcześniej się człowiek nie wpatrywał - np. odbicia w źrenicach, szybach, czy okularach. Ostre zestawienia kolorów, bez rozmycia czy przenikania się (to chyba zaleta tv - Toshiba Regza). Ale, dość o tech technikaliach (btw, tehnika to jak najbardziej poprawne słowo w... łotewskim).

Fabuła jak na film oparty o komiks - ok (nienawidzę adaptacji komiksowych, szczególnie tego co ostatnio "modne"). W miarę spójna i się trzyma mocno stylistyki nierealnych i fuksiarskich akcji, bo w końcu bohaterka jest nieczłowiekiem. Stylistycznie - ostro, kontrastowo. Jak okładki płyt KMFDM albo anime Casshern. Albo... Mirror's Edge. Gdyż podobna surowość w barwach (i czystość) cechuje miasto zarówno w grze jak i w filmie. A i bohaterka, Violet, z początku jest kurierem.

Walki przedstawione w filmie ogląda się jak balet. Są mocno zsynchronizowane, a zwłoki oponentów rozkładają się jak kwiaty, w formie symetrycznych figur, wokół ponętnej i idealnej aż do pojedynczej rzęsy - Violet. Jedną z cech wysokiej rozdzielczości są... włosy. Rzęsy. Nic nie jest rozmyte, można prawie se je policzyć. Ha! Nie obyło się bez product placement.  

Wspaniałe widowisko! Trzymało w napięciu, do końca zarówno mnie, jak i moją lubą. Dość powiedzieć, że mimo późnej pory nie posnęliśmy, a to już sukces, którego wiele filmów nie doświadcza.

Snake
A po północy, wkroczył na scenę Snake. Solid Snake. Me dalsze zapoznawanie się z MGSem, kontynuuję w najtrudniejszym trybie. Nauka skutecznego poruszania się i strzelania idzie dobrze. Niestety, gra nie wybacza pomyłek, a AI wroga nie jest tępe. Akcje a'la Rambo - nie wychodzą, bo oni dobrze dają headshoty jak i mi czasem wyjdzie. Poza tym wróg wciąż jest w ruchu, zmienia pozycje i skutecznie kieruje się tam, gdzie ja robię hałas. Nie opanowałem jeszcze w ogóle CQC (close quarters combat) więc z reguły dostaję plombę i ginę. 

Wczoraj, przez pół godziny przemieszczałem się to tu, to tam, strzelałem, zmieniałem pozycję, dwa razy o mało nie zginąłem. Poczułem się dumny, że już czuję się jak prawdziwy spec od spec-op'owej gierki. Zbyt śmiała akcja tuż pod nosem karabinu z APC, bez przyczajenia się i rozpoznania dalszej drogi spowodowała wpadnięcie na dwóch żołnierzy wroga. Strzał, pad, dead, end. Stwierdziłem, że idę spać. Adrenalinka huczała w żyłach i miałem wrażenie, że w ogóle nie mrugałem. Muszę coś z tym zrobić, bo szkoda ócz. 

Take cover or die!


wtorek, 20 stycznia 2009

CCP tnie w...

Władcy EvE-Online przeginają. W marcu, wraz z nowym dodatkiem, nastąpi rezygnacja z utrzymywania klienta z "classic gfx content". Pozostanie tylko premium. Damn, you, frozen m'fs from Iceland! Oznacza to, że minimalną kartą graficzną na której pójdzie gra to taka która ma mieć minimum pixel shadery 2. Czyli mówimy bye bye wszelkim laptopom. We wrześniu i te karty mają odejść do lamusa, i minimalnym gfx'em będzie karta z shaderem 3.

A i tak pewnie statki Tech3 nie będą umożliwiały kustomizacji skórek. A szkoda:

...bo mogło być tak pięknie!

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Bitewniaki: Stargrunt 2

Czasem, człowiek musi pograć z drugim człowiekiem, bez pomocy komputera. Kiedyś, był to bitewniak Void 1.1. w który ostro graliśmy z kumplami (dokładnie, 3 nas było) mixem figurek z Warzone, Warhammer 40000 i paroma oryginalnymi figurkami do Void 1.1. firmy iKore (już nie istnieje). Duży stół, sesje trwały po 3-4 godziny. Miodnie było! Niestety, z tego okresu (końcówka 2003) nie ostały mi się prawie żadne figurki (a namalowałem ich się trochę i w zasadzie... ładne były).

Potem, dosłownie parę tygodni później odkryliśmy Stargrunt 2 firmy Ground Zero Games - zestaw zasad do symulacji walki na poziomie oddziałów (konkretnie - plutonu) zupełnie inny niż to co proponowały Warzone, Warhammer czy Void. Jedną z nowości, dla nas, były 3 skale gry - 25-28 mm (standard w/w gier), 15mm (czyli prawie skala 1:72) oraz... 6mm. Stargrunt 2 to nie tylko zasady - to był całkiem przekonujący opis świata, sięgający aż do XXIII wieku w przyszłość (tzw. GZG Universe). W tej przyszłości było również miejsce dla Polski :-). Wybraliśmy skalę 15mm. Zakupiliśmy tanie jak barszcz zestawy figurek w skali 1:72 z serii wojsk nowoczesnych (ja kupiłem spadochroniarzy z Budeswehry, kumpel amerykanów z okresu wojny o Irak). I tak powstały dwie armie - Polscy Najemnicy AD 2241 oraz n-ta Brygada Piechoty NAC (North-Anglian Confederation). Dokupiliśmy po parę pojazdów w skali 1:72 i zaczęliśmy rozgrywki. 

Poniżej, mała galeria moich Polish Mercenaries, w skali 1:72 czyli 15mm wzrostu:



Pełna armia Polskich Najemników AD 2241
(m.in. 5 dowódców, APC, 2 x ciężka wyrzutnia,  5 x granatnik, 4 x medyk, 3 x wyrzutnia pocisków kierowanych, 3 x snajper, itd).

APC (Armoured Personel Carrier czyli wóz pancerny. Tu wraz z oddziałem, który nim podróżuje)

Dowódca i GML (guided missile launcher)

Operator CKM oraz medyk

Snajper

A to nowa armia - NAC Spec-Ops (night vision operator)

Assault team

Jednym z plusów nowej gry było to, że była idealna na gry w delegacji - cała armia wraz z pojazdem, drzewkami i skrawkami materiałów tworzącymi różne rodzaje terenu, mieściła się w pudełku śniadaniowym. A do gry wystarczał kawałek stołu czy biurka, by wystawić armię złożoną z 30 do 50 ludków 15mm...

Szkoda, że prawie nikt u nas tej gry nie zna. Na szczęście GZG jeszcze istnieje i sprzedaje. Dla bardziej zainteresowanych - odwiedźcie stronę zapaleńców z Kanady - www.stargrunt.ca

sobota, 17 stycznia 2009

Online: szukaj i zniszcz

Udało mi się wreszcie zdobyć Metal Gear Solid 4 i... minęły 2 dni, a płytka jeszcze nie wylądowała w PSce. No nic apetyt rośnie. Nie... nie gram wogóle, a Fallout to chyba długo poleży na półce. A zanim rzucę się w MGO, obiecałem sobie, że zacznę MGS4 w najcięższym trybie. A z ciekawostek, takie oto ciasteczko wygrzebałem:

Zaiste, przypomina mi to moje sesje w EvE-Online, gdzie bawiłem się w łowczego albo skauta. Na szczęście, nie udało mi się obudzić z klawiaturą odciśniętą na twarzy (tak jak u jednego ze znajomych) czy też stwierdzić, że ktoś mnie zestrzelił i moja postać obudziła się w Medical Facility na jakiejś stacji orbitalnej. Choć pamiętam, że jak robiłem misje (PvE) dość późno w nocy, to przysypiałem i budziłem się, gdy NPCe dobierały mi się już do zbroi (po przebiciu się przez tarczę statku). Eh...

Wracając do MGS, a właściwie do tactical-shooterów czy jak ich tam zwał. Na przełomie lutego i marca pojawi się "must have" na PS3, shooter, w ktorym multiplayer to zmagania 64 graczy, na dużych i skomplikowanych mapach, gdzie każdy gracz musi wpierw "skillować" swoją postać zanim dobierze sie do lepszych zabawek. Giera, która utylizuje możliwości konsoli w (prawie) 100%: Killzone2.

Zobaczcie to intro:

oraz multiplayer gameplay (zwróćcie uwagę na Helghasckiego snajpera-skauta... stealh camo wymiata!):

Uff... zapowiada się gorąca wiosna. I jak na to wszystko znaleźć czas? Nie ma przebacz - albo jedno, albo drugie. Wpierw MGS4, potem KZ2. I pass, na długi czas. Mirror's Edge, Tom Clancy's EndWar narazie, poza zaauroczeniem wynikającym z czytania artykułów i pogrywania w dema, nie kręcą mnie tak jak MGS i KZ. W zasadzie, to aktywność poza komputerowo/konsolowa zdaje się to potwierdzać. Kiedyś paintball, w figurkach były to Stargrunt 2, Imperial Guard z Warhammer 40000 oraz obecnie - Infinity. Cierpliwości, foto-shooting action z kolekcji moich figurek jest zaplanowana.

Take cover or die!

czwartek, 15 stycznia 2009

Zombie

Jak się zapomni o życiu rodzinnym, o tym, że coś trzeba zrobić w domu, Homo Playerus może przeistoczyć się w zombie. Albo no-life'owca jak mawia mój przyjaciel. Kiedyś, miałem takie tendencje, szczególnie wtedy, gdy trafiała mi się "wolna chata". Gra od świtu do nocy, z przerwą na pracę. Gorzej, gdy zombie pojawia się, wtedy, gdy rodzina jest w domu. Na szczęście, zgodnie z zasadą "real life first" nie dopuszczam do tego. Ba, ostatnio nawet zwalczyłem zombie w sytuacji "wolnej chaty". Oczywiście, nie obeszło się bez pomocy mej lepszej połówki :-). A najlepsze jest to, że wpasowanie gier jako jeden z elementów życia zaczyna wychodzić mi coraz lepiej (tj. gry nie dominują nad innymi przyjemnościami, bo to, że nie dominują nad obowiązkami - tak jest już od dawna, i w tym obszarze notuję stały postęp).

Ostatnio miałem "wolną chatę" (parę dni). Udało mi się porozwieszać pranie, poprawić uszczelnienie kabiny prysznicowej, zdemontować stare i założyć nowe lampy w salonie (dwie ścienne, sufitowa), posegregować dokumenty (wcześniej porobić odpowiednie pod to zakupy), porobić porządki na szafach (pudełka zawierające stuff do figurek), wystawić parę aukcji na allegro oraz kupić, przerobić oraz zamontować rolety okienne w salonie. Jako, że zombie tak do końca nie zostało wyplenione - górę naczyń w zlewie zmyłem dopiero tuż przed przyjazdem małżonki z Maksem. Dodatkowo, obejrzałem DVD Iron Maiden Live After Death, przeczytałem 3 mangi (Full Metal Alchemist 6 i 7, Heat 1), skończyć Toma Clancy'ego EndWar oraz…. zatruć się Falloutem 3.  

 W kwestii zatrucia. Normalnie, gdy od czasu do czasu siadam do gry (średnio co drugi dzień), to jest to godzina 22ga, 23cia (częściej) i siedzę tak do, pi*drzwi, kapkę po północy, z twardym deadline'em - 1 a.m. Deadline'u trzymałem się zawsze, nawet gdy w EvE-Online właśnie zaczynała się bitwa na 400 graczy. Ja mówiłem grzecznie "dobranoc" i wyłączałem komputer. Dawkowanie niewielkie, ale stałe. Wracając jednak do zatrucia. Jak człowiek chce to potrafi. Wszystkie w/w obowiązki oraz książki konsumowały mi czas tak powiedzmy do 21szej, 22giej. Czyli w miarę normalnie. Nienormalne było jedynie to, że wieczór w wieczór, był Fallout i kończyłem go punkt pierwsza w nocy. A nie był to czas w którym mogłem dzielić swą uwagę np. na pogawędkę z żoną. Tylko gra. No i przedobrzyłem - F3 poleci na półkę, a ja sobie zaaplikuję parę dni bez grania. A potem strzelę wyścig w Motorstormie.

A jak to robią inni? 

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Nie pozbywajmy się starych gier

Ostatnio Maks, na babcinym komputerze rysuje obrazki w stylistyce Railroad Tycoon II. Tj. bawi się tylko edytorem plansz. To zrobi zimę, to narysuje buzię i oczka na istniejącej planszy przy pomocy rzeki, ułoży zapętlone niemożebnie linie kolejowe lub odkryje, że można stawiać domki i fabryki oraz najważniejsze - drogi. I malec buduje miasteczka za miasteczkiem. Czasem zbuduje stacje i puści parę lokomotyw.

On jeszcze nie wie, ale w domu czeka na niego Lego Star Wars "the Complete Saga". Pozwolę odkryć mu ten "prezent" za jakiś czas, by tak od razu, po powrocie od babci, nie rwał się do konsoli. 

A u mnie? Chęć oddania Ezronymiusa (moja postać z EvE Online) obcym ludziom została (na szczęście) storpedowana przez moją małżonkę oraz przez większą część korporacji w samej grze. A miałem taką piękną wizję wyciągnięcia kilkuset ojro za gadżet doczepiony do tej postaci… ale też znając siebie, za tydzień bym żałował. To jakby sprzedać część siebie. Nie napisałem "sprzedać". Byłoby to sprzeczne z EULA gry! ;-)) Podobnież, szansę dostały dawno nie-grane giery na PS3, które miały być oddane za inne gry. Ale pomyślałem sobie, że muszę przystopować - nowe gry pewnie podzieliłyby los poprzedniczek i po paru wizytach w PS3, wylądowałyby z etykietką "niechcę w nie już grać". Oczywiście, kierując się chwilowym zamroczeniem, dodaję "nigdy". Bo nie mam czasu, bo rządzi jakaś inna gra. A nie jest to prawda.

PS3 kupiłem na lata (vide Playstation 2 które w niezmienionej formie jest na rynku 12 lat i nadal wychodzą na nią nowe tytuły). Maks dorośnie - to sobie pogra. A i mnie, jak trafi za miesiąc, dwa lub dwanaście i będę chciał zagrać, to nie będę się trapił. Tak jak teraz, tęsknię za…

Metal Gear Solid 4: The Guns Of The Patriots. Z tą grą kupiłem konsolę. Niesamowity klimat (skradanka, bohaterem jest żołnierz z sił specjalnych, akcja dzieje się w niedalekiej przyszłości na Bliskim Wschodzie), wykonanie (dźwięk wielokanałowy, grafika HD) oraz nowy sposób rozgrywki (widok TPP oraz dużo czynności jakie może wykonać postać) z początku mnie onieśmielały. I to tak, że po paru próbach i porażkach (jak tu sterować padem!! Ja chcę myszkę!) gra poszła w odstawkę, by wreszcie zostać przehandlowaną za slahera (tj. siekankę) Devil May Cry 4. Minęło pół roku i przypadkowo trafiłem na recenzję Metal Gear Online. Gry opartej na silniku (i świecie) gry MGS4, której akcja to zmagania 8-mio osobowych zespołów graczy przeciwko sobie. Ściągnąłem z PSN demo. Odpaliłem, pograłem. No i masz. Przez ten czas, pad stał się dla mnie super narzędziem kontroli, lepszym niż klawiatura i myszka. Więc sterowanie postacią przestało stanowić problem. Ale by pograć w MGO trzeba mieć… MGS4 (!!!). Więc czeka mnie kupno MGS4 (przy okazji nakręciłem się na fabułę z MGS4). 

By dać odleżeć idei grania w MGO/MGS4 postanowiłem ograć się kompletnie w grę, którą katuję już 3ci miesiąc - Fallout 3 (w pewnym momencie ją też chciałem oddać za inną). F3 to gra bardziej ponura niż poprzednie części. Dużo w niej FPP oraz RPG. Ale właśnie przez widok z bliska, rzeczywistość post-nuklearna nie wygląda już tak zabawnie jak w rzucie izometrycznym 3D z poprzednich części. Tu, wrażenie jest bardzo przygnębiające, szczególnie, że kolor popiołu jest zawsze taki sam - szary. Krwawe zakończenia walk czy widok ohydnych, przerośniętych insektów jeszcze to potęguje. Ktoś pomyślałby - gra już 3ci miesiąc i jeszcze mu mało? A tak. Gra - to pojęcie na wyrost. Raczej to jest 3-4 h w tygodniu, więcej się nie da. No i odkrywam Pustkowia grając na najwyższym poziomie trudności i trenuję się tylko w walce wręcz. Jest to droga przez mękę, ale sprawia frajdę. Moja postać ostro "daje w żyłę", więc z super wysokich statystyk ustawionych na początku gry pozostało ledwie wspomnienie. Powoli, przyzwyczajam się do myśli, że gram wrakiem człowieka, który w walce wręcz jest dopiero dobry jak się "dopali" i ubzdryngoli. A gra - im dalej - tym trudniej, staje się bardziej mordercza. Jak na razie miotam się po południowym wschodzie, bez broni, bez leków. Być może jak znajdę shootgun'a - to pójdzie łatwiej. I tu Fallout 3 broni się - jest to gra bardzo różnorodna, gdzie style gry można zmieniać częściej niż w poprzednich częściach, bo mimo paru, niewybaczalnych błędów (jak brak wagi amunicji, czy zatrzymanie akcji w grze by sięgnąć do plecaka - oba błędy strasznie rażą w rpg) gra się inaczej. No i po każdym loadingu, rzeczywistość gry jest trochę inna (co dla mnie nie ma znaczenia, bo nie gram na zasadzie "optymalizacji" każdej akcji, i jeśli np. walka się nie powiedzie - robię reload stanu gry, by ją lepiej powtórzyć. Load'uję tylko wtedy gdy postać zginie).

Wrogiem Fallouta 3 początkowo miało być Mirror's Edge. Naczytałem się o tej grze (symulator parkoura w trybie FPP, w świecie sci-fi), ściągnąłem demo, komiks. Pograłem trochę w demo. Już miałem wymienić się z kimś na ME oferując F3 właśnie. Ale przyszło otrzeźwienie. Wait, momento… przeca demo odpalałem, racja, z 10 razy, ale za każdym razem przechodziłem może do połowy i potem przerywałem. Czy poza fascynacją nowością, gdyby zakupił pełną grę - grałbym w nią tak jak chociażby w Fallouta? Obiecałem sobie solennie, że najpierw przejdę całe demo Mirror's Edge. Do napisu "koniec, kup pełną wersję". I dopiero wtedy podejmę decyzję. A Fallouta 3 zatrzymam, bo mimo swego mroku i ponuractwa, ta gra ma to coś, co przykuwało mnie na długie godziny do Fallout i Fallout 2.

I do zapamiętania na przyszłość: nie podejmować decyzji o pozbywaniu się gier ad hoc! Dzięki temu, że dawno temu, po tym jak nagrałem się w Railroad Tycoon II, gra bezpiecznie wylądowała na półce, teraz po X latach, mój syn może w niej tworzyć własne miasteczka. I o to chyba chodzi!

Gry, gry, gry...

Na pierwsze urodziny dostałem ekstra talię Piatnika. Do brydża. Nienawidzę gier karcianych, nawet kilka romansów z karciankami (Doom Trooper, Magic: the Gathering, Warhammer 40000) mnie nie przytrzymało przy nich na długo.

Ale lubię grać. Kiedyś - w planszówki, potem w bitewniaki figurkowe (napiszę o nich kiedyś). W międzyczasie - w gry komputerowe. Do niedawna, wiodłem prawie poukładane życie, w którym wykrawałem parę godzin w tygodniu na dość zaawansowane granie w EvE-Online. A czasem też, grałem z Maksem i w gry Maksa na pececie. Z różnym skutkiem. Ile było płaczu, gdy nowa gra, owoc wyprawy z dzieckiem do marktu czy empika, albo nie instalowała się, albo nie uruchamiała się, bo potrzebna była n-ta aktualizacja sterowników graficznych. Zmora. Złamana obietnica dziecku, rozczarowanie i nerwy, a czasem przez dwie godziny walka, by grę uruchomić. 

Gdy ulubiona gra Maksa - Test Drive Unlimited zaczęła tak przycinać, że nie dało się grać (a o zubożeniu grafiki nie było mowy, bo malec, nauczony pewnej już estetyki graficznej, nie godził się na obcięcia rozdzielczości czy generalnie - pixelozę) wpadłem na genialny w swej prostocie (i początkowo - taniości) pomysł: kupić konsolę!

Kolega (siedzący w światku konsol - również jako developer gier) polecił Playstation 3. No i poszło. Maks oczywiście z początku ani nie chciał słyszeć o graniu na konsoli - Colin McRae Dirt w wersji konsolowej był dla niego "niegrywalny"- uboga, przycinająca wersja z naszego rachitycznego PC mu bardziej się podobała. Bo tam miał klawiaturę, a pad był dla niego obcy. Ale... kropla drąży skałę. Do tego odpowiednio dużo rozmów ("bo widzisz - na konsoli gra się nie zawiesi, a na komputerze - tak, bo ten zawsze coś dogrywa, ma wirusy i wogóle"), dziecko przestawiło się na konsolę.

A co to ma wspólnego z moim graniem? Okazało się, że przebarwny świat konsolowych gier, o opadającej-z-wrażenia-szczęce-grafice, stał się większym magnesem, niż powolne budowanie swej kariery i community w Eve-Online. Zauważyłem, że 'atak adrenaliny' z walk PVP w Evie nie jest już tak ciekawy, jak szaleńcze wyścigi w Motorstorm czy Burnout Paradise. I tu pojawił się problem.

Jak to połączyć? Jak narazie... EvE leży. A ja się katuję Falloutem 3. Pościągałem dema z PSN i stałem się wiernym czytelnikiem PSXExtreme i NEO+. Nawet, przez przypadek kupiłem En Garde (nigdy więcej!) jak byłem "na głodzie", gdy lektura aktualnych numerów w/w gazetek dobiegła końca. Odkryłem, że pół godziny w Motorstorma daje więcej frajdy, niż 2h spędzone na... oczekiwaniu na akcję w Eve. Metal Gear Solid Online oczarowuje swoimi możliwościami w szybkiej akcji z wymiataczami z sieci. Z team playem i komunikacją online przez mikrofon i słuchawkę. Ale w odróżnieniu od EvE - tu akcja będzie szybka, i równie adrenalinowa. I pewnie frustrująca, ale co tam. Oh, Eve...

Trwający już pół roku eksperyment z Playstation 3 spowodował, że w EvE Online, od 3 miesięcy gram... offline. Zmieniam skill'e i kupuję oraz sprzedaję towary (co na szczęście buduje to budżet do pvp, więc w sumie… zyskuję). Wróciłem też do swej dawnej korporacji, zgredów po 30tce - Blueprint Haus. Wiem, że za jakiś czas, magnes bezkresnej przestrzeni mnie przyciągnę, i moje EvE odżyje, a wraz z nim moje english skills (gadany angielski - główny powód, dla którego warto grać w onlineówki, pod warunkiem, że będzie się w angielskojęzycznej korporacji).

A Maks? Przestawił się na konsole, a na pececie odpala jedynie gierki flashowe i od czasu do czasu onlineówkę Tales of the Pirates. A gdy już bierze w swe pięcioletnie łapki pada - to masteruje poziomy w Lego Indiana Jones. Tu muszę sie pochwalić, bo razem, ukończyliśmy całą grę, a dodatkowo synek odkrył ukryty poziom Ancient City i znalazł postać Hana Solo. A teraz ma 58 odblokowanych postaci i przechodzi poziomy bardzo sprawnie i szybko, by dojść do swych ulubionych plansz. Bez obaw, nie tylko samą konsolą on żyje. Gra zainteresowała go klockami LEGO. Coraz częściej próbuje budować no i przerabia ludzików LEGO na postacie z gry. Ostatnio rządzi budowanie zrujnowanej świątyni i zabawa w pływające kamienie w lawie, tj. w dywanie, po których skaczą Indiana Jones, Barranca, Pancho gonieni przez żołnierzy, szkielety i obcych. 


Dużo na raz w jednym poście i myślę, że ten 4ty blog będzie żył dłużej niż te poprzednie, monotematyczne. Bo tu, moje gierowe kłopoty dostarczą mi więcej tematów do refleksji. Bo najważniejsza jest rodzina. I dom. A gra dla mnie jest jak książka, czy film. Czasem trzeba się w nią zagłębić. A czasem podzielić, choć moja lepsza połowa nie chce o tym słyszeć ;-).

Do 4 razy sztuka

Do czterech razy sztuka jak to mówią. Trzy pozostałe blogi - polski o EvE Online wytrzymał 2 miesiące i umarł (uległ skasowaniu). Angielski o EvE - jeszcze dycha (http://ezronymius.livejournal.com/), ale jako, że ostatnio nie gram w Eve, to też nie mam czasu na to by go aktualizować. Wreszcie, ambitny blog o recenzjach płyt z pozycji Hi-Fi. Niestety, ostatnio nie mam czasu na słuchanie, więc i nie na pisanie.

Po pierwsze. Jak zrobić blog czytalnym?