Yaaargh!

czwartek, czerwca 13, 2013

Od ostatniego posta trochę się wydarzyło. M.in. ubiliśmy w naszym domowym systemie battleshipa typu Dominix. Ale chwilę wcześniej...

*

Akurat byłem w trakcie przywożenia sobie swoich cięższych maszyn z bazy w przestrzeni hi-sec, system Audaerne, gdzie pomstowałem strasznie na dwóch cwaniaków, którzy wisieli przed stacją i koniecznie chcieli nie pozwolić mi odwarpować ze stacji, w kierunku zbawczego dla mnie obszaru low-sec. Bo tak, Ezoko jako amaryjska bojowniczka o wolność uciśnionych pod jarzmem własnego, skorumpowanego rządu, minmatarczyków jest też w stanie wojny z Gallente, którzy są naturalnymi sojusznikami Minmataru. Więc wrogami Amarru. I amaryjskiej milicji. Przy okazji, Ezoko jest piratem i jest ścigana przez siły policyjne jak galaktyka długa i szeroka - atakują mnie zarówno floty policji systemowej oraz siły CONCORDu i mam przyjemność być oznaczonym jako "KOS" - kill on sight.

Wydokowuję sobie swoim krążownikiem zwiadu elektronicznego typu Curse, ze stacji, jak to zawsze bywa. Maszyna odświeżona, total value przekracza 200 mln, więc się trochę cyram, bo jak spadnę, to nie bedę mógł go niczym zastąpić, albowiem portfel jest pustawy ;). Wydokowuję - w wyposażeniu stricte bojowym, więc nie mam żadnych urządzeń przeciwdziałającym zascramblowaniu mojego napędu. Liczę na szybkość swoich rekacji (wybranie systemu docelowego i "jump to..." i jestem uratowany).

A tu nagle!!!

Jakiś kolo we fregacie założył mi scrambla! Warp do wrót niemożliwy, a ten czeka aż przyleci flota systemowa i mnie rozwali. "Co się dziwisz, przecież czerwony jesteś..." pada ze stoickim spokojem na kanale Kozy. Fakt, mój piracki security status spadł ostatnio poniżej -5.0 więc stałem się dla każdego chcącego kill on sight. Wściekle czerwony kwadrat z napisem "Ezoko <<<< TU CELUJ!!"

Westchnąłem ciężko i... zadokowałem z powrotem do stacji. Po krótkiej dyskusji, wyposażony w dwa warp core stabilizery wydokowałem znów, tym razem zastanawiając się ilu ich tam będzie (2 WCSy pozwolą mi umknąć dwóm scramblerom, ale trzem już nie). Tym razem był inny koleś, i nie we fregacie, ale w battlecruizerze. Yhm... siła ognia większa, i już zaczyna mnie namierzać... namierzył, złapał, strzelił!!!... ale dzięki WCSom pomachałem mu bye bye... a strzał był jeno osmaleniem tarczy mej.

Tę samą operację przeprowadziłem dla sprowadzenia do low-sec mojego kolczastego krążownika frakcyjnego typu Phantasm, który jest jeszcze droższy od Curse'a.

A gdy skończyłem, wielkie zamieszanie - bo ktoś z naszych złapał battleshipa i kazał do siebie lecieć z ciężkim sprzętem, więc ja... porwałem mojego wiernego battlecruisera typu Drake, otankowanego jak świnia, więc z gigantycznym zapasem tarczy, i stwierdziłem, że taka ad hoc akcja może być nawet ciekawa.



Włączyłem się do floty i ...

Battleship Dominx down! (killmail)

Kolega z ubitego battleshipa okazał się polakiem i stwierdził, że dobrze, że to my go rozwaliliśmy, a nie ruskie ^_^

*

Chwilę się zastanawiałem, czy lecieć w NIEZNANE tym drejkiem czy cursem. Boję się o cursa, bo nowy styl latania, którego jeszcze nie próbowałem tak naprawdę, i mogę skrewić. Postanowiłem po raz kolejny lecieć Drake'm. Jest tańszy, mocniejszy, choć nakierowany na dosyć przeciętne cele (Curse, dzięki dużemu bonusowi do siły dron oraz zdolności wysysania energii jest dosyć niebezpieczny dla innych statków). A poza tym - uwielbiam Drake'i, mimo dosyć dużej infamii, która za nimi idzie, to jeden z moich ulubionych statków. Szczególnie w wersji PODLA.

Dla niewtajemniczonych - PODLA Drake, to konstrukcja dawno temu opublikowana przez pilotów z Pod Liberation Authority. Z założeniem - szybki, zwrotny, atakuje z dystansu, a jak coś podleci bliżej to spowolnić webami i odbić na komfortową odległość:

(jeszcze na starym EFT nie uwzględniającym mniejszych shield-resists)
Na jesień zeszłego roku, takim drake'm pokazałem zbyt pewnemu siebie Incursusowi, że drake nie jest palcem robiony. Potem straciłem maszynę w nierównej bitwie ja vs pół minmatarskiej milicji, mimo, że udało mi się dosyć daleko wlecieć w ich terytorium. A potem właściwie nie latałem takimi konstrukcjami, tylko raz drake'm który był dużo wolniejszy, ale i o większych tarczach. Spadł w jakiejś bitwie o system Isbrabata.

Stwierdziłem, że czas odświeżyć i tę maszynę. I ten sposób latania, który w momencie publikacji wywoływał  dosyć dużo kontrowersji (źródła: by PODLA, by Jester).

Udałem się więc w nieznane... (w między czasie zgadałem się z Erebem (Skipper), który miał do mnie dołączyć we fregacie).

*

NIEZNANE...

Trasa przez systemy low-sec, od Mormelot do systemu Aetree. Szukaliśmy celów, przy okazji uzupełniałem listę swoich bookmarków. W części systemów nigdy nie byłem, więc rzeczywiście były dla mnie nieznane. W systemie Aetree dwie rzeczy zaczęły się dziać równocześnie. Ja namierzyłem na wysokości jednego z pasów asteroidów fregatę typu Tristan, gdy przyleciałem, nikogo tam nie było. Po chwili pojawił się tristan. Miałem nieliche problemy z namierzeniem tej fregaty - skrót klawiszowy mi nawalał, wreszcie zacząłem ją namierzać. Zdziwiłem się, że pilot nie ucieka (na pasku było też kilka NPCów), więc skończyło się to dla niego krwawo:

Drake vs Tristan (killmail)
i jeszcze kapsuła (killmail)

Cóż... młody pilot, ale bolesna nauka uczy najbardziej. Widziałem, że potem wysłał mi maila z pogróżkami... odpiszę mu miło, co robić by w przyszłości przeżyć.

A chwilę potem Ereb zaczął nadawać: "do mnie!". Trochę to trwało, gdyż akurat odskakiwałem na safe-spot i byłem w warpie, więc musiałem poczekać, aż skończy mi się przelot. Po chwili już byłem w drodze do Ereba. Nie wiedziałem czego się spodziewać, bo Ereb walcząc nic nie mówił, ale na wszelki wypadek lądowałem od niego na 20 km.

Wylądowałem czterdzieści parę km od fregaty pirackiej typu Dramiel, a Ereb był już w kapsule. Wredna - bo szybka i zabójcza, droga, uznawana za jedną z najlepszych fregat do pvp (dlatego wściekle droga). Zgodnie z przewidywaniami, pilot, gdy tylko się pojawiłem, dał długą... w moją stronę. A ja wyleciałem mu na przeciw ile miałem siły w MWD :). Gdy wpadł w zasięg mojego warp disruptora (28 km), a po chwili dostał serię pocisków typu precision, wszystko dla niego wyglądało normalnie. Drake jak drake. Dramiel jest od niego dużo mniejszy, zwinniejszy, jak wejdzie battlecruizerowi na ciasną orbitę, pociski przestaną trafiać szybkiego dramiela, a drake bezsilny spadnie...

Ale gdy tylko dramiel dostał się w zasięg moich web'ów, sytuacja dla niego stała się tragiczną:

Drake vs Dramiel (killmail)

(niestety, żadnej z walk nie nagrałem)

Podwójne weby zatrzymały szybki statek w miejscu, pociski precision i mój zastęp dron dokonały szybko dzieła zniszczenia. Ja w tym czasie odbijałem od niego by wyjść mu z zasięgu jego działek, tym bardziej, że walka odbywała się na wrotach i działa wrót dziurawiły mi tarcze na równi z działkami dramiela. Gdy fregata padła, jej pilot szybko uciekł kapsułą. Ja zebrałem co było z wraku dramiela i odskoczyłem na safe-spot.

Długo trwało, aż naprawiła mi się tarcza (miałem też zdrowo popsuty pancerz, za długo tkwiłem na wrotach i dałem się przez nie ostrzelać), w między czasie naprawiałem też spalone moduły (w systemie nie było stacji naprawczej). Była, dopiero 3 systemy dalej, w systemie Akila. Poleciałem tam. Naprawiłem się. W systemie zauważyłem, jedną osobę, śmigała z pasa asteroidów na pasek i postanowiłem zapolować. Zanim się za to zabrałem, pojawiła się kolejna osoba, w battlecruiserze typu Oracle. Lekki pancerz, i potężna moc dział laserowych, idealnych na mojego battlecruisera. Mimo tego, prawie się przekonałem by atakować, i to bez dwóch tracking disruptorów, które by skróciły zasięg dział Oracle, a mi dały jakieś szanse, gdy...

...zauważyłem, że nie mam dron! Zostawiłem je, cholera, jak ostatni lamer przy wrotach, po walce z dramielem. Fuck!

Sprawdziłem sklepy - nikt ich nie sprzedawał w tym rejonie. Postanowiłem wrócić na miejsce bitwy, zakładając, że ich tam dawno nie ma bo: 1) rozwaliły je działa wrót, 2) jeśli przeżyły, ktoś je zabrał (1 drona kosztuje pół bańki, a tam ich było 5...), wreszcie 3) jest promil szansy, że jednak są. Nie miałem nic do stracenia, bo i tak musiałem lecieć gdzieś je zakupić.

Leciałem i leciałem, system za systemem było pusto, wreszcie przyleciałem na miejsce i... voila :) są! Pozbierałem je wszystkie i ucieszony poleciałem trochę dalej by zadokować, kończąc w ten sposób grę na dziś.

Fly dangerous!





Mogą Cię zainteresować...

2 komentarze

  1. jak czytam to zastanawiam się czy gramy w tą samą grę, bo u Ciebie pojedynki wydają się o wiele ciekawsze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To wszystko zależy :) czasem są godziny nudy, a czasem tyle się dzieje w 15 minut, że nie wiadomo co opisywać ;) Zagadnij online.

    OdpowiedzUsuń